środa, 21 lutego 2018

Sa Pa

Nie doświadczyliśmy Sa Pa w barwach soczystej zieleni ani w promieniach wietnamskiego słońca. Nie zjeździliśmy rejonu na skuterze i w zasadzie nawet nie wykroczyliśmy poza utarte turystyczne szlaki. Umorusani w błocie i glinie, przemoczeni od uciążliwej i nieustającej mżawki podążaliśmy posłusznie za przewodniczką zorganizowanej wycieczki, usiłując, częściowo daremnie, poprzez warstwy gęstej azjatyckiej mgły dostrzec otaczające nas potężne tarasy ryżowe. Na pokrzepienie tego mroźnego poranka, jeszcze przed wycieczką, zostaliśmy poinformowani, że mamy pecha, bo dzień wcześniej była piękna pogoda, a teraz padać będzie bez przerwy. I co? I to była nasza najfajniejsza wycieczka z całego wyjazdu!








Sa Pa to nieduże miasto położone w górach niedaleko od granicy z Chinami. Założone zostało przez francuskich kolonizatorów z celem utworzenia w tym miejscu kurortu wypoczynkowego. Samo w sobie nie jest w żaden sposób ciekawe. Budynki z czasów kolonialnych uległy zniszczeniu w trakcie licznych wojen, a w ich miejscu wyrosły, poświęcone branży turystycznej i nie zważające na architektoniczną estetykę, ogromne budowle. Rzesze turystów podążają tu jednak za rozciągającymi się po górskich zboczach i głębokich dolinach masywnymi tarasami ryżowymi oraz grupami etnicznymi zamieszkującymi te rejony.











 Do Sa Pa (a dokładniej Lao Cai) dotrzeć można pociągiem (także nocnym) z Hanoi, obfitującym w (nieduże) karaluchy. Ponieważ turystyka dostarcza w te rejony ogromny dochód, a z pociągu wylewają się fale turystów, wszystko jest świetnie zorganizowane. Już na peronie oczekują nas gromadnie przedstawiciele ludności lokalnej, na jakiekolwiek pytanie odpowiadający optymistycznym „Yes”. Naszą wycieczkę zaplanowaliśmy i zabukowaliśmy sporo wcześniej. Zdecydowaliśmy się na firmę „Sapa Sisters”, zatrudniającą tylko i wyłącznie kobiety z plemienia Hmong, z Polako-Szwedem jako współzałożycielem. Dzięki temu na miejscu nie musimy się już dużo wysilać. Udajemy się do busa, który zawozi nas pod hostel, gdzie możemy zostawić nasze bagaże na dwa dni. Po śniadaniu zostajemy przydzieleni do naszej przewodniczki z plemienia Hmong: Little Chi. Okłamałabym stwierdzeniem, że obserwowanie tubylczego życia i informacje od Chi nie były atrakcją samą w sobie. Ponieważ decydujemy się na opcję home stay, mamy okazję nocować w skromnym, ale bardzo przestrzennym drewnianym domu, śpiąc na materacach pod moskitierą. Chi towarzyszy nam przez dwa dni, przecierając szlaki na śliskich i stromych górskich ścieżkach wiodących poprzez lasy bambusowe, pola ryżowe oraz wioski. Z cierpliwością odpowiadała na wszystkie nasze pytania.





Przewodniczki, często nie umiejące czytać ani pisać, wysyłane są uprzednio na kursy angielskiego, dzięki czemu są w stanie wykonywać swoją pracę, tym samym są aktywne zawodowo i polepszają sytuację finansową rodziny. Ludy zamieszkujące okolice Sa Pa to rolnicy żyjący z uprawy ryżu. Ryż zapewnia pożywienie dla całej rodziny i najprawdopodobniej długowieczność. Mimo skromnych warunków, ograniczonej ilości jedzenia i opieki medycznej wielu z nich dożywa późnej starości ciesząc się dobrym zdrowiem. Ryż, który uprawiają po pierwsze smakuje świetnie, po drugie jest naturalny i nie zawiera w sobie szkodliwej chemii.





 Wielu mieszkańców nie ma styczności z edukacją, pracując na polach ryżowych albo w turystyce od młodych lat.Nasza” Chi pracowała od świtu do zmierzchu, a jej mąż opiekował się domem i uprawiał ryż. Chi pochodzi z plemienia Hmong, które jest najliczniejsze w tym rejonie, pozostałe mniejszości etniczne to Red Dao (z charakterystycznymi czerwonymi nakryciami głowy) i Tay. Plemiona różnią się od siebie kulturą, zwyczajami, strojami, a przede wszystkim językiem. Mieszkają w odrębnych wioskach, jednak, dawniej surowo zakazane, małżeństwa mieszane są teraz już na porządku dziennym. Chi twierdziła, że jej plemię pochodzi z Chin i prawdą jest, że z tych rejonów przybyli na ziemie wietnamskie, dokładne pochodzenie Hmongów jest jednak nieznane. Plemie Hmong jest liczne, zróżnicowane i rozprzestrzenione po różnych państwach Azji. Hmongowie z okolic Sa Pa wyznają szamanizm i mają swoją świętą skałę. Mówią we własnym języku i po wietnamsku, jednak w wietnamskim społeczeństwie mają bardzo niską rangę i uznanie.







 W Sa Pa byliśmy w połowie maja. Na zielone tarasy znane z obrazów Google z racji pory roku nie mogliśmy liczyć. W tym okresie tarasy ryżowe wypełnione są wodą i stopniowo sadzony jest nowy ryż, co udało nam się zobaczyć. Sa Pa jaką zobaczyliśmy była wodnista, brązowa i ciemnozielona, jednakże sporo tarasów zapełniło się nową soczystą zielenią. O tym, że warto jechać do Sa Pa w tym okresie przekonaliśmy się na własnej skórze, kiedy kapryśna pogoda odpuściła nam na parę godzin, a mgła się rozpostarła. Zobaczyliśmy domki wciśnięte pomiędzy tarasy ryżowe ciągnące się aż po horyzont! (Niestety?) Sa Pa także idzie z duchem czasu i także tutaj powoli budują się potężne hotele i miejsca SPA. Cieszę się, że zdążyliśmy przed tymi zmianami.















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz