niedziela, 1 stycznia 2017

Kraj wulkanów: Chimborazo

W pierwszy dzień roku, zamiast podsumowania tego minionego, ja wciąż nadrabiam zaległości nie do nadrobienia. Spośród tak wielu odwiedzonych przeze mnie miejsc nie wszystkie dadzą radę trafić na bloga, nie wszystkie muszą tu trafić, a również wiele z nich tracąc swoją aktualność wraz z mijającym czasem jakoby przeterminowało się i nie sposób byłoby sklecić na ich temat coś niewymuszonego i naturalnego.

Chyba się powtarzam, ale ani myślę wpisać częstszego blogowania na listę postanowień noworocznych. I dlatego, że są rzeczy o wiele bardziej ważne, I dlatego że lista moich postanowień noworocznych nie istnieje. Plan i ogólny zarys działania gdzieś tam majaczą na horyzoncie od lat i ciężko rozbić je na kilkunastopunktową listę wyrzutów sumienia dręcząca cały rok. Resztą, może z lenistwa, nie zawracam sobie głowy.


niedziela, 20 listopada 2016

Baños

Pominięty milczeniem na blogu okres mojego półrocznego pobytu na brytyjskich wyspach zaowocował w szaleńczych poszukiwaniach lotów do zapomnianego turystycznie Ekwadoru. Jedyne lepsze destynacje podróżnicze od tych wypływających ze sfery marzeń są te dyktowane zawartymi przyjaźniami. To przecież żadna tajemnica, że kraj widziany przez pryzmat tubylców ukazuje się w całkiem innej odsłonie niż ta, która kreowana jest na kartach przewodników.
Tak się stało, że jedna z moich angielskich współlokatorek, Dani, pochodzi z Ekwadoru. Od czasu jej poznania oczywistym stało się, jaki kraj będzie dla nas wprowadzeniem do zapoznania się z kontynentem Ameryki Południowej.




czwartek, 13 października 2016

Floryda


Pozostając wciąż w tematyce USA, ale porzucając zasady chronologii i nadrabianie zaległości, przenoszę Was na Florydę z lipca tego roku.


piątek, 22 kwietnia 2016

Great Basin


Są słowa po niemiecku, których bardzo brakuje w polskim słowniku i które nie sposób trafnie i zgrabnie przetłumaczyć na język polski, tak żeby nie wyszedł z nich kilkuzdaniowy bełkot.
Takim wyrażeniem jest Fernweh, czyli daleko (fern) i ból (Weh). W tłumaczeniu brzmi głupio, ale dla wtajemniczonych to synonim określający bolączki uwięzionej w jednym miejscu duszy podróżniczej. Bo Fernweh to tęsknota za światem dalekim.

I to jest właśnie to, co zakrada mi się do głowy pomiędzy wertowaniem kolejnych stron podręczników, bądź kwili w odchłaniach umysłu podczas długich godzin spędzonych nad biurkiem.
  

sobota, 2 kwietnia 2016

Las Vegas


Las Vegas to kolejny punkt na mapie, gdzie poważnie planujemy wrócić. Co prawda poszaleliśmy nocą w kasynach (ja z tego szaleństwa wyszłam nawet na plus wygrywając 4 dolary), ale mimo wszystko była to wizyta w przelocie i zabrakło porannego oglądania tego plastikowego miasta oraz klasycznego zdjęcia z napisem Welcome to fabulous Las Vegas”. Ale nic straconego, wizę mamy, a na zachodnim wybrzeżu wciąż czekają na nas liczne kaniony i parki narodowe.


środa, 9 grudnia 2015

Chicago

Zdążyłam już wspomnieć, że w większości amerykańskie miasta to nie jest moja bajka. Wyjątek stanowią absolutnie fantastyczne San Francisco i ponad wszystko oszałamiający Nowy Jork. Las Vegas też jest niczego sobie, ale dla mnie to bardziej park rozrywki dla dorosłych niż prawdziwe miasto.

Mimo to dzisiaj ani o Nowym Jorku ani o San Francisco, ale za to o polskiej stolicy za oceanem. Chicago to dla mnie masa pozytywnych wspomnień przede wszystkim dlatego, że zostaliśmy tam serdecznie przyjęci przez znajomych z Polski. Trzy siostry wraz z rodziną  „niańcząc“ nas na zmianę zadbały nie tylko o nasz nocleg, ale także oprowadzenie po mieście i organiyację wieczornego czasu wolnego.



sobota, 7 listopada 2015

Kierunek Zachód : Między Mount Rushmore a Yellowstone.

Nie tak długo od rozpoczęcia road tripu przytrafił nam się incydent nieplanowany, który obudził uśpioną czujność i nie pozwolił jej już zniknąć aż do ostatniego dnia wyjazdu.


sobota, 15 sierpnia 2015

Wielki Kanion

Od podróży po Stanach minął rok obfity w inne mniejsze lub większe wyprawy. Stos zdjęć się piętrzy, wspomnienia rozmywają a postów nie przybywa!
Coraz mniej się łudzę, że uda mi się opisać wszystkie chwile warte uwiecznienia, ale… troszkę łudzę się  jednak wciąż!
Dlatego dzisiaj,  w krótkiej przerwie między wyjazdami, korzystając w przelocie z chwil życia codziennego, nie na walizkach, przenoszę Was do upalnych Stanów z sierpnia 2014 roku.



piątek, 20 marca 2015

Highway One vs Route 66

Highway One to nasze przypadkowe odkrycie. Ani nie zaplanowane ani nie umieszczone w grafiku. Deficyt czasowy, będący hasłem przewodnim całej amerykańskiej wycieczki, nie dopuścił do naszej myśli przywiązywania wagi do trasy, którą pokonujemy po drodze do celu. Tyle było przecież miejsc, które ominęliśmy i stanów do których nie zajrzeliśmy, tyle zapomnianych parków narodowych. Kto by w takich okolicznościach, zaprzątał sobie głowę autostradą?
Oczywiście Route 66 to już inna kwestia, myśleliśmy. Droga Matka, najważniejsza, kultowa, historyczna, przecinająca ten ogromny kraj na wskroś; prędko więc powędrowała na naszej liście must-see na jedną z czołowych pozycji. To przecież rozumie się samo przez się!



środa, 28 stycznia 2015

Kanion Antylopy

Nie zacznę od Nowego Jorku, bo to nie była miejska wycieczka po ulicach Wielkiego Jabłka.
To była wyprawa, o jakiej kilka lat wcześniej nie śmiałabym śnić. Po niej cały świat zaczął wydawać się odrobinę mniejszy. Metropolie, zapomniane dziury, parki narodowe, pustynie i oceany. To wszystko za nami. To punkty pośrednie na naszej mapie, które skrupulatnie łączyliśmy ze sobą, pokonując między nimi tysiące mil przez pustkowia.
To właśnie jest mój obraz Stanów i to jest to co nazywam road tripem. Wsiadanie o brzasku do auta, lakoniczne wymiany pytań i wspólne rachuby:
- To ile godzin dzisiaj?
- 8? 10?
- Ile mamy mil przed sobą?
- To będzie chyba 12 godzin.

Niech nie brzmi to strasznie! Niech nie brzmi to nudnie! Wbrew pozorom, ponad 10 godzin drogi przez równiny, drogi proste jak drut, bez jednego zakrętu, gnania wciąż przed siebie, zostawiając za plecami dzień i witając noc to NAPRAWDĘ jest przeżycie. Co więcej, zza szyby auta też zobaczysz cuda. Rzeka Missisipi, więźniowie pośrodku pustyni Nevada, pagórkowate Utah, wieloryby przy Highway One. To wszystko przytrafiło nam się przez przypadek, podczas trasy.
Jeżeli więc chcesz poczuć klimat amerykańskiego filmu, prawdziwe Stany, to nie biegaj z zakupami po 5th Avenue! Wsiądź w samochód i przejedź 23 stany, 14 tysiące kilometrów, od Atlantyku do Pacyfiku i z powrotem.

O przebiegu trasy i jej planowaniu napiszę innym razem. Zarówno organizacja jak i zachwycający Nowy Jork muszą poczekać na swoje pięć minut. Nie będzie więc po kolei, nagniemy nieco zasady chronologii.
Kanion Antylopy, który zobaczyliśmy w ostatnim tygodniu podróży, rozpocznie amerykańską opowieść. To nie tylko jedno z najpiękniejszych miejsc, które podziwialiśmy za oceanem ale w pewien sposób oddaje charakter całej wyprawy.
Z góry liczyliśmy się z tym, że nasz pieczołowicie przygotowywany plan trasy może nie zostać wykonany w całości. W głębi serca (ale tak na prawdę głęboko) borykałam się nawet z myślą, że nie uda nam się nawet przejechać z jednego wybrzeża na drugie. Całą podróż odbywaliśmy z lekkim niedowierzaniem, ale również z ogromną determinacją. Wszystko było niby po drodze, niedaleko, w okolicy. Ale jedynie na mapie. W rzeczywistości cel często okazywał się być oddalony o kolejne pięć godzin jazdy.