sobota, 21 czerwca 2014

Podróz kontrastów

Wróciłam z podróży kontrastów. 
Wciąż odrętwiona umysłowo zadamawiam się ponownie we własnym domu, nie mogąc nacieszyć się zwyczajnym prysznicem, wygodnym łożkiem i ciepłą temperaturą. To wracanie do mojej codzienności zazwyczaj jest czasochłonnym zadaniem, dlatego tym razem mam w planie nadrobić jak najwiecej zaległości blogowych, by zwalczyć narastającą stertę niespożytkownych godzin. Muszę się sprężyć, w końcu kolejna podróż już niedługo!





Zestawienie Londynu, Islandii i Edynburga wydaje się być niewłaściwe, jednak to tanie linie lotnicze same za nas ułożyły plan podróży, której różnorodny całokształt, okazał się być ciekawym połączeniem
Każdy z dwunastu dni podróży był całkiem inny i niósł za sobą nowe doznania. Oglądając oklepaną zmianę warty pod Buckingham Palace, byłam najszczęśliwszą osobą w tym miejscu, wciąż nie mogąc uwierzyć jakim cudem udało nam się dotrzeć do Londynu. Moja euforia znalazła upust w ogromie jednakowych zdjęć tej nudnawej ceremonii. Jeszcze poprzedniego dnia ze łzami w oczach siedziałam w aucie utkwionym w którymś z kolei korku gdzieś pomiędzy Wiedniem a Brnem. Na mikroskopijne, na nasze szczęście, lotnisko w Brnie dotarliśmy 15 minut przed zamknięciem bramek, mijając w mgnieniu oka kontrolę bezpieczeństwa. Pomimo posiadania jedynie bagażu podręcznego, byliśmy objuczeni jak osły i tak też wygrzebujemy się ostatecznie z pociągu na dworcu kolejowym w Ewell East. Zapomniani przez Jess plączemy się po londyńskich przedmieściach, korzystając z pomocy przypadkowo napotkanego Polaka. Już po kilku minutach ściskamy Jessi, nie mogąc nacieszyć się swoim towarzystwem po raz pierwszy od pół roku.




Nasza londyńska czterodniowa rzeczywistość rozpoczynała się od przeprawy przez epsomskie krzaki i oglądania uciekającego nam sprzed nosa pociągu. Następnie włóczyliśmy się do późnych wieczornych godzin po tej przeogromnej metropolii, w trakcie dnia oglądając typowo turystyczne atrakcje, a po godzinach zaglądając do bardziej klimatycznych miejsc.





Razem z Oskarem obejrzeliśmy wystawę o wodzie w Summerset House, bawiąc się jak dzieci wodą, która ludzkim głosem opowiadała wodne historie. Z Jessi zajadaliśmy się jedzeniem z całego świata na Bricklane i popijaliśmy kawę w tate modern ze wspaniałym widokiem na Millenium Bridge. W Camden Town przyszło nam handlować się o sukienkę, a następnie zażywać chwil spokoju od zgiełku miasta nad tamtejszym kanałem, z ciekawością przyglądając się zamieszkałym barkom. Spotkanie przy piwie z polskimi przyjaciółmi Jess z Londynu zakończyliśmy pogonią za pociągiem, który niewzruszony nie raczył przyjechać na stacje, zmuszając nas do kosztownych, nocnych podróży taksówką.












Przed wylotem na Islandię spędziłam moją pierwszą, niezwykle niewygodną noc na lotnisku.
Ale to nie miało znaczenia. Samolot w przeciągu 2 godzin przeniósł nas do innego świata.
Ten kontrast między zbyt przeludnionym i zatłoczonym Londynem, zanieczyszczonym miejskim powietrzem oraz rozgrzanym od słońca betonem, a rześkim, wręcz mokrym klimatem, zielenią i błękitem rodem z photoshopa, bezkresną przestrzenią i utęsknioną ciszą, spowodował, że odczułam islandzkie realia z dwukrotna mocą.








Islandia przerosła moje oczekiwania. Wyobrażenia o ojczyźnie magicznych sag stanęły w prawdziwym wymiarze przed moimi oczami. Wiedziałam, że jest tam cudownie i nie z tej ziemi. Nie mogłam jednak uwierzyć w to, że tak też jest na prawdę! Byłam już w wielu miejscach chwalonych pod niebiosa i nigdzie nie doświadczyłam niczego pozaziemskiego. Siła islandzkiej natury jest za to tak wielka i miażdżąca, że nie sposób tego wyrazić w słowach. Te odczucia potęgowała pustka, która po dłuższym pobycie musi być niezwykle przytłaczająca.





Krajobraz wyspy jest do tego stopnia zróżnicowany, że nie mogłam sobie pozwolić nawet na kilka minut snu podczas drogi, nie tracąc nic wartościowego. Błękit nieba i lazur oceanu prędko przemieniał się w soczystą zieleń, która po chwili ustępowała bezkresnemu czarnemu lawowemu pyłowi poprzecinanemu rzekami. Nastąpienie pojawiały się pola fioletowych kwiatów, a zaraz po nich bajeczne mchowe bulwy, parę minut później ze zgrozą obserwowaliśmy owce, wspinające się po stromych górskich zboczach, po czym nasz wzrok zamierał na tęczy umiejscowionej w czerwonej chmurze. Po pewnym czasie, nieodłącznym towarzyszem naszej trasy stał się symbol Islandii, czyli lodowiec ze śnieżnymi szczytami skąpanymi w słońcu. Kwintesencją wszystkiego było podlodowcowe jezioro Jokursarlon, usiane w ogromnych lodowych krach, które o 23.00 podziwialiśmy w brzasku słońca.













Plan udało nam się zrealizować w 99 procentach. Obejrzeliśmy tętniący życiem Reykjavik, skakaliśmy z radości przy wybuchającym gejzerze, marzliśmy nad wodospadami, podziwialiśmy fale oceanu na czarnej plaży w Vik, odbyliśmy treking z widokiem na największy islandzki lodowiec, a na koniec wynagrodziliśmy sobie wszystkie dyskomforty wygrzewając się termalnych wodach Błękitnej Laguny. Nie udało nam się jedynie spotkać z maskonurami, nazywanymi przeze mnie małymi pingwinami.








Jedna prawda pozostała jednak nawet na Islandii niezmienna. Piękne wspomnienia tworzą nie tylko miejsca, ale także i ludzie. Nasza świetnie dograna czwórka uczyniła te chwile niezapomnianymi. Każde tarapaty pokonywaliśmy z uśmiechem na twarzy, śmiejąc się czasem do rozpuku nad naszym przykrym losem. Razem uciekaliśmy przed najbrudniejszym domem w Reykjaviku, gdzie przyszło nam spać, kombinowaliśmy jak umyć się w umywalce, bądź zdążyć wykąpać się podczas  minutowej kąpieli na żetony. Rozbijaliśmy namiot w środku białej nocy, w którym następnie marznęliśmy przeokropnie po to by następnego ranka składać go w strugach deszczu. Motywowaliśmy się wspinając się po stromych pagórkach i chodziliśmy po lodowcu w nieodpowiednim obuwiu. Objadaliśmy się za drogimi fast foodami, a następne szukaliśmy gratisowej kawy. Przebyliśmy 1500 km nie nudząc się ani sekundę.



Naszą końcową stacją była stolica Szkocji - Edynburg, który obejrzeliśmy w parę godzin po kolejnej nocy spędzonej na lotnisku. Słodki, mały Edynburg, miasto z kamienia, był miłym i nie natarczywym przygotowaniem przed powrotem do większych miast. 
Po ostatnim wspólnym wieczorze spędzonym na wzgórzu z widokiem na miasto, nastała chwila rozstania. Jess i Karolina wsiadły w autokar do Londynu, a my wybraliśmy się na lotnisko, gdzie z samego rana czekał na nas lot powrotny do Bratysławy.



3 komentarze:

  1. Zgadzam się Martuś ze wszystkim, pięknie to ujęłaś! To była podróż magiczna! Każdy moment, każdy środek transportu, nocleg, postój, posiłek, każda sekunda była magiczna! Całuje Was mocno, dziękuje za ten czas i mm nadzieje, do szybkiego zobaczenia na żywo:*

    ps. nie zapomniałam o Was! Nigdy nie zapominam! To telefon jak zawsze... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Trafiłam tu od Jess :) świetne zdjęcia i strasznie zazdroszczę Islandii ! Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. przepiękne zdjęcia! czekam już na relacje z USA! ;-) buziaczki, papapa nati

    OdpowiedzUsuń