środa, 17 lipca 2013

Tartu

Estonia liczy trochę ponad milion mieszkańców. Tartu jest jej drugim co do wielkości, 100 tysięcznym miastem, w którym aż 1/5 stanowią studenci. Podobno tutejszy uniwersytet jest najlepszym i najpopularniejszym w kraju.
Historia miasta ma polski akcent. Pod koniec XVI w. Tartu znajdowało się przez niedługi czas w polskich rękach. Z tego czasu zachowały się pozostałe do dnia dzisiejszego oficjalne kolory miasta: biały i czerwony.

W Tartu trafiliśmy (za pomocą couchsurfingu) do Otta. Ott jest pochodzącym z Tallina bezgranicznym wielbicielem Tartu. Mimo tego, że ze względów zawodowych jego dni w Taru są policzone to mimo wszystko stara się przedłużyć swój pobyt tam jeszcze chociaż o parę lat. Ott, jak na mieszkańca Tartu przystało, jest oczywiście studentem. Zaopiekował się nami i poświęcił nam cały swój dzień oprowadzając po mieście.
Miasteczko skupia najważniejsze zabytki w samym centrum, którego rozmiary nie są zbyt duże. Obejrzeliśmy główny plac wraz z Ratuszem, gmach uniwersytetu, kościoły i sobory w zaledwie kilkanaście minut.






















Ott zabrał nas również do znajdującego się w pobliżu centrum ogrodu botanicznego.









Tuż przed powrotną drogą do domu weszliśmy na wzgórze Toome. Jest ono kolejnym z wielu studenckich miejsc w mieście. Podobno jedynie tutaj w całej Estonii bezkarnie można pić alkohol w miejscu publicznym. Orpócz biblioteki uniwersyteckiej zobaczymy tu ruiny katedry św.św. Piotra i Pawła, które mimo swego opłakanego stanu zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Są to stojące na lesistym wzgórzu cegły, które bynajmniej nie znajdują się w bezładzie, zachowały kontury i kształty świątyni.












Nasza droga powrotna wiedzie przez urocze aleje zapełnione kolorowymi drewnianymi domkami w stylu skandynawskim. W Tartu na prawdę warto jest wyjść poza ścisłe centrum. Znajdują się tam nawet dzielnice, których ulice nazywają się zupa, groszek, fasola itp.














W Tartu zamiast bram miejskich są mosty.





Zaznanie prawdziwego studenckiego ducha miasta letnią porą nie mogło być nam dane. Jednak, dzięki Ottowi, mogliśmy zobaczyć jego namiastkę. Na koniec zwiedzania odbyliśmy małą rundkę po pubach w Tartu, które mimo wakacji w dalszym ciągu wypełnione były po brzegi. Życie nocne oglądaliśmy najpierw w dwupiętrowym barze, którego wnętrze zostało wyryte w ogromnej skale. Wyglądem przypominał nieco bardzo dużą jaskinię, ze sklepieniem umieszczonym wysoko nad podłogą.
Surowy, przyjemny klimat oraz zdolność komunikowania psuła nam nieco „gorąca” blondyna ze swoim śpiewaniem „do kotleta”.
Kolejnych estońskich piw smakowaliśmy w innej klimatycznej knajpie, siedząc na wzgórzu, opatuleni kocem z widokiem na drzewa przyozdobione oświetleniem choinkowym.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz