wtorek, 16 lipca 2013

Sigulda

Podążając dalej w stronę Petersburga przemierzyliśmy granicę litewsko-łotewską. Na Łotwie zatrzymujemy się w Siguldzie.

Po drodze planowaliśmy zobaczyć XVIII-wieczny pałac Rundale. Niestety pod pałac dojechaliśmy w momencie kiedy zamykał swoje wrota. Szkoda, bo podobno warto. Udało nam się jednak zobaczyć i obfotogfrafować go z zewnątrz, wygląda przepięknie na tle zielonych łąk i błękitnego nieba.





Sigulda, maleńkie łotewskie miasteczko, nie figurowała na naszym pierwotnym planie trasy. Początkowo mieliśmy zatrzymać się w pobliskim Cesis. Na naszą decyzję wpłynął właściciel hostelu w Kownie, twierdzący, że Cesis nie ma nic ciekawego do zaoferowania, za to Sigulda jest zachwycająca.
Poszliśmy za jego radą i musieliśmy się nieco rozczarować. Pierwsze chwile w mieście spędziliśmy siedząc w kawiarni (całkiem przyjemnej) na przeciwko dworca kolejowego przy głównej ulicy. Jak się później okazało, to ospałe miejsce było samym centru miasta.

Centrum Siguldy, dworzec kolejowy
Centum Siguldy, zegar z reklamą łotewskiej marki czekolady: Laima

Miasteczko oferuje jeszcze średniowieczne ruiny zamku, pałacyk i kolejny zamek Turaida, położony zaraz obok Siguldy. Moim zdaniem największą atrakcją tego miejsca było samo położenie miasta, wsród lasów, nad rzeką, na skraju Parku Narodowego Gauja. Ze znajdującego się w lesie Wzgórza Malarzy można było podziwiać bezkresną zieleń drzew i górujący nad nimi zamek.

Zamek w Siguldzie



Pałacyk w Siguldzie


Zamek w Turaidzie
Wzgórze Malarzy, Park Narodowy Gauja




Jenak to nie miejsca, a ludzie budują najprzyjemniejsze wspomnienia. To właśnie tutaj rozpoczęliśmy naszą przygodę z couchurfingiem. W ostatniej chwili przygarnęła nas przesympatczna Liena z jej córką. Dzięki niej mieliśmy okazję dowiedzieć się trochę o życiu na Łotwie, skosztować łotewskiego miodu prosto z pasieki oraz ciemnego, ciężkiego łotewskiego chleba  (najlepszego jakiego to tej pory jadłam). Za jej radą zwiedziliśmy zamki o północy, całkiem za darmo, bo po godzinie zamknięcia kasy. 
Tutaj też po raz pierwszy zostaliśmy skonfrontowani z jasnymi wieczorami i tutaj miałam okazję myć zęby z ciekawskim, rosyjskojęzycznym kotem Lieny.
Te wszystkie momenty zostały nam w pamięci tak drogie, że ani chwilę nie żałowaliśmy przyjazdu do Siguldy.





2 komentarze:

  1. to prawda Liena, kot i nocna eskapada po zamkach sprawiają, że mysle o tym przypadkowym dniu bardzo ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  2. aaa no i ten chleb! śni mi się po nocach!

    OdpowiedzUsuń