niedziela, 1 kwietnia 2018

Barocoa


Dzisiejszy post będzie mocno aromatyzowany gęsto-słodką kubańską czekoladą, przywołującą na myśl najmilsze wspomnienia z kraju palącego słońca i dorodnych palm.




Tyle się o tej Kubie słyszy, a więc pozornie i wie, a jednak na miejscu tyle zdziwienia i odkryć, chociażby ta czekolada. Dla mnie Kuba wcześniej była równoznaczna z cygarami i rumem. Ale jednak, gdy przebijesz się przez lasy, góry i doliny soczyście zielonych palm królewskich, dotrzesz do najbardziej odseparowanego miasta Kuby: Baracoa. Ten region słynie z uprawy kakaowca, a wyroby czekoladowe powstają od lat w czerwonej fabryce imienia Che Guevara.





I tutaj nasuwa się kolejny przedmiot uwagi: palma królewska. Nigdy nie spodziewałam się, wzdychając do jej miernych i skąpych okazów na Florydzie, że to stanie się niemalże motywem przewodnim mojej podróży. Od kiedy wsiedliśmy do auta i zaczęliśmy zgłębiać wyspę nie było zmiłuj. Palmy na krawędzi Morza Karaibskiego, na wzgórzach, lasy palmowe przy drodze, całe doliny (!!) porośnięte tymi wielkimi roślinami z rozkosznym zgrubieniem na brzuszku stały się argumentem do przystanku.







Dlatego Baracoa, będąca pierwszym miastem do którego przybył Kolumb oraz pierwszą stolicą Kuby, teraz rozkwita ponownie dzięki turystyce po latach zapomnienia. Sam region jest piękny i urodzajny, a wybrzeże nad oceanem piaszczyste. W okolicach jest kilka parków narodowych, z licznymi jeziorami oraz bogatą fauną i florą. Nam udało się zwiedzić park narodowy Humboldta. Z powodu goniącego czasu musieliśmy zdecydować się na najkrótszą, 2 godzinną wycieczkę. Mimo to, a także dzięki wiedzy naszego doświadczonego i obowiązkowego na terenie parku przewodnika, udało nam się zobaczyć kakaowca, rosnące dziecko-ananasa a także najmniejszą na świecie żabę!
















Sama droga do miasta jest bajkowa, bez dwóch zdań. Jechaliśmy tam od strony Guantanamo, dlatego musieliśmy przeprawić się przez piękne zielone góry, a potem wioski, wszystkie przyozdobione (oczywiście) palmami. Można pomyśleć, że nie mogło by być piękniej. A było, bo wszystko to przyszło podziwiać nam w promieniach zachodzącego słońca. Tak więc palmy w odcieniach różu i czerwieni, dopełnione klimatem kubańskiej prowincji. Dla samej tej drogi warto było jechać. Aż strach pomysleć, aż włos jeży się na głowie, że to właśnie Baracoa stała na naszej liście do ostatniego momentu pod wielkim znakiem zapytania! Pod tym względem polska i niepolska blogosfera mnie zawiodła - możliwe, że źle szukałam, ale mam wrażenie, że większość podróżników skupia się na Kubie na trójkącie: Havana, Trinidad, Viñales. Wiem, że nie podróżuje się tam łatwo i wszystko trwa długo, drogi często są w fatalnym stanie, dodatkowo i ludzie i zwierzęta chodzą po nich jak po parku, a słońce zachodzi bardzo wcześnie, ALE przy odpowiedniej organizacji da się i warto!



Na Kubie można wybierać między dwoma formami zakwaterowania: hotel albo casa particular. Casa oznacza tyle, że mieszka się w domu u Kubańczyków i jest to świetna opcja, na którą oczywiście się zdecydowaliśmy. Ponieważ Baracoa nie była pewna, nie mieliśmy tam zarezerwowanego noclegu, a dostęp do internetu na Kubie jest ograniczony. Na szczęście baza noclegowa jest duża, a na Kubańczyków można liczyć. Nasi gospodarze z Santiago de Cuba skontaktowali się z gospodarzami z Baracoa i juz mogliśmy jechać!

Miasto samo w sobie jest cukierkowo kolorowe z charakterystycznymi dla kraju momentami zaniedbania. Wiec mamy błękitne, żółte, czerwone i niebieskie drewniane domki, a obok bloki z wielkiej płyty (z widokiem na ocean) i rozwalające się budowle. Reasumując: jest fantastycznie-autentyczne. Czujesz się tam jak na dzikim zachodzie w wersji disneyland z kubańskim luzem. Drewniane domki mają werandy, okna i drzwi często stoją otworem, więc można ciekawsko zaglądać do środka. 






















Nowe budownictwo jest często wysokie, żeby pomieścić liczne rodziny i turystów. Nasza casa należała do tego typu budowli, a że mieszkaliśmy na samej górze, mogłam wdrapać się na dach i z samego rana rozkoszować się widokiem na świętą górę panującą nad okolicą. Podobna góra jest w Australii, pewnie większa, ale też masywna i płaska, jednak ta kubańska nie jest znana, a unosi się nad całym miastem i widać ją niemalże z każdego rogu. Warto też wybrać się na dłuższą, pieszą wycieczkę prowadzącą wzdłuż wybrzeża, do pobliskiej wioski na jeziorze miodowym: nie dość że idzie się brzegiem oceanu, towarzyszą nam palmy, to jeszcze całą drogę mamy piękną perspektywę na miasto i wspomnianą wyżej górę. Niestety plaża w tym miejscu nie należy do najprzyjemniejszych, piasek jest ciemny, a wejście do morza jest dosyć skaliste. Jednak, około 20 minut jazdy autem, za miastem, jest plaża piaszczysta, a droga prowadzi tam przez las...palm! J













Dodatkowo, wielki plus to kuchnia. Na kuchnię kubańską dużo się nanarzekałam, bo to przede wszystkim ryż z mięsem, ale Baracoa słynie z własnej kuchni. Jest tu dużo ryb, między innymi słynne tu danie z rybą w sosie kokosowym. No i oczywiście czekolada. Nie lubię słodyczy, ale wypicie gęstej czekolady z lodami na zimno w takim upale było czymś nieziemskim!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz