niedziela, 20 sierpnia 2017

Morning Glory

Samo wspomnienie bezsenności pierwszych nocy naszych wietnamskich wojaży do dzisiaj przyprawia mnie o zawrót głowy. Gdy z tego powodu każda noc była katorgą, a każdy poranek wyczekiwanym utęsknieniem, z radością sięgającą zenitu wybrałam się o piątej rano na eksplorowanie Delty Mekongu. Tym bardziej chętnie, bo to właśnie rześkie poranki dawały jedyne chwile wytchnienia, na które próżno było czekać przez resztę dusznej doby.




Tamtego dnia, w trakcie świtu, dryfując na drewnianej łodzi, przywitaliśmy poranek najbardziej soczystym mango naszego życia, którego, gwarantuję Wam, ze świecą szukać w Europie. Podczas tych owocowych rozkoszy kulinarnych (mango wtórował równie soczysty ananas) wsłuchiwaliśmy się w gwar słynnych azjatyckich „pływających marketów”. Czym one są? To nic innego niż znane nam powszechnie tragi, z tym wyjątkiem, że odbywają się w tym wypadku na wodach potężnego Mekongu. Wielkie łodzie wypełnione po brzegi towarem, ale także te mniejsze i płytkie, zbliżają się do siebie burtami i wymieniają wzajemnie towarem. Nad każdą z łodzi góruje wysoki kij, na nim nabity jest produkt, który można tam zakupić. Handluje się głównie owocami, warzywami i mięsem.
Między pracującymi w pocie czoła Wietnamczykami przeciska się, z godziny na godzinę, coraz więcej łódek załadowanych turystami zaopatrzonymi w aparaty. Po to żeby uniknąć turystycznych tłumów, ale też dlatego żeby zobaczyć pływające markety w ich najbardziej obfitej formie, naprawdę warto wstać skoro świt. Sensownym wyborem, spośród wielu, jest wyszukanie wycieczki na małej łódce, w której będziecie sami z przewodnikiem, tak jak było to w naszym wypadku.














Chociaż za cel obraliśmy sobie największy pływający market Mekongu, znajdujący się w okolicach miasta Can Tho, to i tak można stwierdzić, że targ zaczyna przybierać szczątkową postać. Podobno coraz mniej osób decyduje się na zarabianie na chleb właśnie w ten sposób, skutkiem czego na rzece o poranku jest coraz mniej łódek.





Nasz wypad trwał dobrych parę godzin i udało nam się nie tylko zobaczyć życie na wodzie, ale też w okolicznych wioskach ułożonych wzdłuż ramion-kanałów Mekongu, przecinającego ląd w wielu miejscach. Na zmianę przepływaliśmy wśród bujnych, soczyście zielonych zarośli wysp, patrząc z perspektywy rzeki na okoliczne wioski i ludzi leniwie przeprawiających się rowerami przez drewniane mostki, by następnie stąpać po lądzie, wścibsko zaglądając mieszkańcom w okna lub zwisać na pojedynczej gałęzi nad odmętami Mekongu, modląc się o przetrwanie. Ten, częsty, sposób przeprawy między brzegami, przechodząc po gałęzi to tak zwany „monkey bridge”, w praktyce nie jest to tak straszne na jakie wygląda, bo można wspomagać się „poręczą” skonstruowaną z kolejnych gałęzi, ale i tak sądzę, że nie trzeba się bardzo postarać żeby zażyć kąpieli w mętnym Mekongu.  
Pośród tych zielonych chaszczy zjedliśmy obiad, w tym, według mnie, najlepiej z całego wyjazdu przyrządzoną wersję typowo wietnamskiej potrawy Morning Glory, która w każdej części kraju podawana jest odrobinę inaczej. Jej skład jest szalenie prosty i dlatego szalenie pyszny: szpinak wodny plus czosnek.












W ciemnościach nocy ponownie daliśmy się wieść wietnamskiemu przewodnikowi, tym razem w większej turystycznej grupie. Jak na nas to ewenement, bo zazwyczaj wszystko organizujemy sami. Ta wycieczka była też mniej typowa, ponieważ prowadziła po ulicznym street foodzie. Jakkolwiek kuriozalnie to brzmi, w azjatyckim świecie jedzenia warto chodź raz dać oprowadzić się komuś, kto wytłumaczy wam co dokładnie jecie. Inaczej zupełnie nieświadomie możesz pałaszować grillowaną mysz, wcale nie mając ochoty na ten de facto przysmak Delty Mekongu. Ja z tej przechadzki wyniosłam, zajadanego na chodniku, najlepiej przyprawionego bakłażana, jakiego przyszło mi jeść i ufam, że nie była to jedynie zasługa glutaminianu sodu. Na deser tuż przed snem smakowaliśmy gofropodobnego ciasta z makiem.





Trochę suchych faktów: słynąca z produkcji ryżu i nazywana „ryżową miską” Wietnamu, Delta Mekongu położona jest na południu kraju. Ten rejon bardzo długo (do XVIII wieku) pozostawał pod wpływami imperium Khmerów bądź Kambodży i jako ostatni rejon został przyłączony do Wietnamu. Czerwoni Khmerzy próbowali, bezskutecznie, odzyskać to terytorium dla siebie w XX wieku. Do dzisiaj żyją tutaj mniejszości chińskie i khmerskie. Sam Mekong jest najdłuższą rzeką Półwyspu Indochińskiego. Najlepiej jest dostać się tam z Sajgonu. My wybraliśmy opcję nocnego autobusu z łóżko-siedzeniami. Cały autobus podzielony jest na trzy rzędy, każdy z miejscami górnymi i dolnymi. Dla osób wyższych siedzenia ciężko nazwać łóżkiem, a jeszcze trudniej jest się w nie wcisnąć. Wnętrze promienieje w niebiesko-czerwonych neonach, a w nocy pobrzmiewa wietnamska muzyka. Mimo to sądzę, że to komfortowy i ekonomiczny sposób na przemierzanie kraju.
Delta to głównie tereny rolnicze, pośród których porozsiewane są miasteczka, w tym największe Can Tho, będące dobrym punktem wypadowym na wycieczki po Delcie. Tam też dostaliśmy się w środku nocy.



Kolejnym punktem w Delcie Mekongu było leżące na granicy z Kambodżą Chau Doc. Wybraliśmy się tam z dwóch powodów. Po pierwsze, podążaliśmy już powoli w stronę Kambodży i tam przekraczaliśmy granicę, po drugie mogliśmy zorganizować stamtąd wycieczkę do lasu Tra Su, który jest pod ochroną i słynie z dużej różnorodności gatunków ptaków. Nas bardziej zachęcał fakt pływania łódką w, dosłownie, leśnym jeziorze i przemierzania nią wodnych, zielonych polan. Okolica ma, poza tym, do zaproponowania sporych rozmiarów buddyjską świątynie na wzgórzu.

Kolejnego dnia, znowu o świcie, obładowany naszym bagażem cyclo zawiózł nas na statek udający się do stolicy Kambodży. Ale to już opowieść na kolejny wpis.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz