niedziela, 11 czerwca 2017

Good Morning, Vietnam

Nieodzownymi etapami podróży, za którymi przepadam nie mniej i nie więcej niż za podróżą samą w sobie, są moment "przed" i moment "po". "Przed" jest planowanie, kombinowanie, wymyślanie trasy, wyszukiwanie biletów, znajdywanie miejsc, ustępstwa i rezygnacje, czytanie, oglądanie zdjęć i relacji, czekanie. "Po" to czas powrotu do domu, z bagażem pamiątek i przeżyć, z trochę innym, nowym ja. To moment, w którym zwalnia się zawrotne podróżnicze tempo i w spokoju delektuje się zebranymi doświadczeniami.












Tym razem etap "przed" podróżą planowany był skrzętniej i nieco dłużej. Etap "po" zaburzony był jednak całkowicie i jak dla mnie nie zaistniał wcale. Ani przez chwilę nie miałam ochoty opuszczać azjatyckiego chaosu i wrócić do osobistego bałaganu w Europie. Do ostatniego momentu pocieszałam się złudnie, że to jeszcze nie koniec, że jeszcze zobaczymy to i tamto oraz pójdziemy tam i siam. Nie przeszkadzało mi do potęgi brudne powietrze, ruch uliczny, specyficzne jedzenie. Z Hanoi, naszego ostatniego przystanku w tej podróży, korzystałam "do ostatniej kropli". A w samolocie było już tylko marudzenie.









Być może moje zmęczenie Europą w trakcie podróży zintensyfikowało wrażenia.
Mimo to myślę, że Azja potrafi uwieść i pewnie nie pozostaję w tym przekonaniu sama. Mimo, że o Wietnamie słyszałam sporo sprzecznych opinii i wiedziałam, że na próżno szukać tam (ekwadorskich) wulkanów, to ja jestem jak najbardziej na tak!
Ta podróż różniła się dla nas także samym sposobem w jaki ją odbyliśmy. Z powodu braku możliwości wypożyczenia samochodu przez turystów w Wietnamie, musieliśmy sprostać backpackerskiej przygodzie. Wszędzie trzeba było przedostać się autobusem, pociągiem lub taksówką, co wydłużało czas podróży i było większym wyzwaniem logistycznym. Wiem, że dla wielu podróżników to normalna sprawa, jednak mając napięty grafik i małą ilość czasu auto staje się niemałym luksusem i ogromną pomocą.









Zdjęcia w tym poście to migawki z Hoi An w Wietnamie centralnym, które jest w tym samym stopniu słodkie i urocze co turystyczne. Hoi An zawdzięcza turystyce status przynależności do jednych z najbogatszy miast Wietnamu. Na pierwszy rzut oka widać różnice, zwłaszcza pomiędzy odwiedzonymi przez nas wcześniej południowo wietnamskimi prowincjami. W Hoi An ulice są wypucowane i przyozdobione kolorowymi lampionami (wytwarzanymi ręcznie z jedwabnego materiału i bambusowego szkieletu w licznych sklepikach). Wieczorem lampiony dyndają nad głowami przechodniów w każdym zakamarku i rozświetlają okolice swymi soczystymi barwami. Całe centrum miasta pełne jest knajpek, restauracji i butików. Trochę mniej czuć tutaj prawdziwy wietnamski klimat i nie da się ukryć wpływów świata zachodniego. Nie mniej jednak, historia nigdy nie pozwoliła pozostać Hoi An stuprocentowym wietnamskim miastem. Jako miasto portowe, ważny wpływ na jego architekturę mieli japońscy, chińscy i europejscy kupcy, a później także francuscy kolonizatorzy. Jako Polacy mamy tu także swój osobisty powód do dumy. Nasz rodak o nazwisku Kwiatkowski został oddelegowany z komunistycznej Polski by nieść pomoc przy konserwacji starówki, która dzięki niemu została wpisana na listę UNESCO. A podobno komunistyczne władze Wietnamu nosiły się z pomysłem wyburzenia podupadających wówczas historycznych zabytków. Aż ciarki przechodzą po plecach!
  











Czego należy spodziewać się w Hoi An i co jest zarazem jego wizytówką, to ogromna ilość zakładów krawieckich. Pracowici Wietnamczycy potrafią w przeciągu kilkunastu godzin uszyć garnitur na miarę za ceny porównywalne z europejskimi sieciówkami. Można spokojnie krążyć po mieście, wpaść na przymiarkę (przymiarki) i odebrać gotowe ubranie następnego dnia rano. Są zakłady lepsze i gorsze, czasem warto jednak dopłacić odrobinę więcej i cieszyć się produktem dłużej. Dla mniej cierpliwych czekają także gotowe kreacje, w cenach o wiele przystępniejszych niż u nas.



Dodatkowo Hoi An położone jest nad wybrzeżem Morza Południowochińskiego i ma do zaoferowania szeroką piaszczystą plażę z charakterystycznymi dla Wietnamu łodziami rybackimi w kształcie ogromnej łupinki od orzecha włoskiego.
Wiem, że wykreowałam tu Hoi An jako turystyczną pułapkę i must see z przewodników, jednak jak na chwile fizycznego osłabienia, które zawlokło mnie nawet do Wietnamskiego lekarza, ta rozwinięta infrastruktura turystyczna była czymś najmilszym na świecie. Nawet jeżeli stronicie od takich miejsc, zachęcam Was bardzo do zajrzenia do magicznego Hoi An. U mnie w nagrodę ląduje w pierwszym poście.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz