niedziela, 1 stycznia 2017

Kraj wulkanów: Chimborazo

W pierwszy dzień roku, zamiast podsumowania tego minionego, ja wciąż nadrabiam zaległości nie do nadrobienia. Spośród tak wielu odwiedzonych przeze mnie miejsc nie wszystkie dadzą radę trafić na bloga, nie wszystkie muszą tu trafić, a również wiele z nich tracąc swoją aktualność wraz z mijającym czasem jakoby przeterminowało się i nie sposób byłoby sklecić na ich temat coś niewymuszonego i naturalnego.

Chyba się powtarzam, ale ani myślę wpisać częstszego blogowania na listę postanowień noworocznych. I dlatego, że są rzeczy o wiele bardziej ważne, I dlatego że lista moich postanowień noworocznych nie istnieje. Plan i ogólny zarys działania gdzieś tam majaczą na horyzoncie od lat i ciężko rozbić je na kilkunastopunktową listę wyrzutów sumienia dręcząca cały rok. Resztą, może z lenistwa, nie zawracam sobie głowy.




Wracając do podróżniczych doświadczeń, zostańmy i dzisiaj w klimacie ekwadorskim.
Bogactwem turystycznym tego kraju są bez wątpienia wulkany. I tutaj jest w czym przebierać. Ekwador jest krajem wulkanów. Jest ich tutaj ponad 70, co powoduje największe zagęszczenie wulkanów na świecie. W Andach niemalże dosłownie wulkan wyrasta na wulkanie. Jak dla mnie nic nie przebije tego absurdalnego widoku. W górach wypiętrzone szczyty zajmują sobie należne miejsce. Krajobraz górski jest spójny i logiczny. Najpierw jest niżej potem wyżej. Szczytów jest najpierw mniej a potem więcej. Z wulkanami jest inaczej. Są wulkany stojące pośrodku płaskiej polany, wyrastające na wysokość ponad 6 tysięcy metrów. Na szczycie widnieje biała czapa lodowca a u podnóża dzikie alpaki skubią trawę. Wulkan otulają chmury, ale i tak jesteś w stanie czuć jego magię i moc, bo w pobliżu nie znajduje się nic. Taki był Chimborazo koło miasta Riobamba, który jest najwyższym wzniesieniem Ekwadoru. Wizyta tam była strzałem w dziesiątkę, a bez niej wyjazd straciłby na wartości.












Chimborazo nie było punktem naszej podróży. Ta spontaniczna decyzja podyktowana była rozsądkiem, dystansem do pokonania przy nie najłatwiejszych warunkach drogowych i świetną pogodą na miejscu. Początkowo planowaliśmy udać się po Baños do kolejnej znanej atrakcji turystycznej zwanej Nosem Diabła. Jest to góra, po której stromych zboczach jeździ zbyt drogi pociąg przepełniony turystami. Kierowani błędnym przekonaniem turysty, że trzeba odhaczyć kolejne punkty na mapie, stwierdziliśmy, że skoro widzieliśmy już wcześniej dwa wulkany to po co nam trzeci.













Jak się okazało nasz trzeci wulkan był koronacją podróży, a jak dowiedzieliśmy się kilka dni później trasa znanego pociągu była w tym czasie częściowo zamknięta.
Chimborazo jest wulkanem nieaktywnym, ponad to warunki pogodowe były bardzo dobre, dzięki czemu droga do schroniska na wysokości 4800 m n.p.m. była otwarta i mogliśmy dostać się tam samochodem. Na wysokość 5100 m n.p.m. dotarliśmy już o własnych siłach pokonując ten krótki dystans w ponad godzinę przy zmaganiu się z pierwszymi oznakami choroby wysokościowej.
Mimo to widoki niczym z czerwonego marsa ozdobionego chmurami wynagrodziły nam te męki. Mieliśmy z tego powodu także niemałą satysfakcje. To był nasz pierwszy raz na takiej wysokości.

















2 komentarze:

  1. Przepiękne te zdjęcia są!
    Podziwiam ludzi, którzy odwiedzają milion miejsc w ciągu roku i jeszcze zdążą to wszystko opisać, ale dla mnie to jest niewykonalne. Już i tak tyle czasu w internetach człowiek spędza.
    A widzę, że wy znów w drodze :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję :) Przy takich widokach nie da się zrobić złych zdjęć :D
    Niestety z tym milionem miejsc a tym bardziej z aktualizacją postów to nie do końca prawda ale staram się nadrabiać :)

    OdpowiedzUsuń