niedziela, 20 listopada 2016

Baños

Pominięty milczeniem na blogu okres mojego półrocznego pobytu na brytyjskich wyspach zaowocował w szaleńczych poszukiwaniach lotów do zapomnianego turystycznie Ekwadoru. Jedyne lepsze destynacje podróżnicze od tych wypływających ze sfery marzeń są te dyktowane zawartymi przyjaźniami. To przecież żadna tajemnica, że kraj widziany przez pryzmat tubylców ukazuje się w całkiem innej odsłonie niż ta, która kreowana jest na kartach przewodników.
Tak się stało, że jedna z moich angielskich współlokatorek, Dani, pochodzi z Ekwadoru. Od czasu jej poznania oczywistym stało się, jaki kraj będzie dla nas wprowadzeniem do zapoznania się z kontynentem Ameryki Południowej.






Teraz jestem oczywiście bardzo mądra i nie rozumiem całkowicie dlaczego malutki, jak na południowoamerykańskie relacje, Ekwador jest przez turystów traktowany po macoszemu jako miejsce przesiadki do lotów na Galapagos. Moją mądrość należy jednak skonfrontować z faktem, że po pierwsze na tym kontynencie nie byłam w żadnym innym kraju, po drugie gdyby nie Dani też za pewne olałabym Ekwador na rzecz europejskiej Argentyny, bądź popularnego Peru. Szczerze mówiąc, na prawdę myślę, że Ekwador ma sporą konkurencję, sami sąsiedzi - owiana narkotykową legendą Kolumbia i historyczne Peru to nie lada przeciwnicy. Mimo to Ekwador czaruje i każe wracać. Nas kupił, więc jako wizytówka swojego kontynentu radzi sobie bardzo dobrze.










Nie wchodząc w szczegóły w Ekwadorze, pomijając wyspy Galapagos, wyróżnia się trzy strefy: rejon wybrzeża Oceanu Spokojnego, Amazonkę i środkową część, tworzoną przez górskie łańcuchy Andów. Ekwador leży na równiku i jest usiany w aktywne wulkany. To prawdziwe miejsce pochodzenia kapeluszy panamskich. Ekwador to też Baños, gdzie zabieram Was dzisiaj.

Baños leży w dolinie i ma znacznie łagodniejszy klimat niż jego górskie okolice. Położone u stóp aktywnego wulkanu Tungurahua, z którego to powodu miasteczko zdobią tablice ewakuacyjne, a przewodniki opisują najszybszą drogę ucieczki z miasta i punkt, w którym jest się już całkowicie bezpiecznym. Baños jest znane turystycznie jako miejsce rekreacji, sportów wodnych, łaźni, wspinaczek górskich i imprez. Z tego powodu to kolejny, z rzadkich punktów na mapie kraju, w którym nie czujesz się dziwnie bo jesteś blondynem, a w licznych knajpach rozbrzmiewa angielski (za sprawą turystów, a nie obsługi oczywiście). Hoteli i ciekawych hosteli jest co nie miara, dzięki czemu ceny są bardzo konkurencyjne.












My spędziliśmy w Baños dwie noce i w zasadzie powinno kojarzyć mi się źle. Nie dość, że padało, a wulkan spał, więc nie można było uczestniczyć w tym roku w oglądaniu po zmroku iskrzącej się lawy, to na dodatek nasz hostel potraktował mnie sokiem z kranówą, co skutkowało nieprzyjemnymi żołądkowymi reakcjami. Dzisiaj jednak wspominam to z uśmiechem, a od zdjęć z tropikalnie intensywną zieloną roślinnością do dziś nie mogę oderwać oczu.










Mimo przeciwności losu przejechaliśmy się wagonikiem nad przepaścią, czołgaliśmy się przez mokre skalne szczeliny pod najpotężniejszy wodospad i huśtałam się na słynnej ze zdjęć „huśtawce na końcu świata“. Na dodatek, po widocznej na mojej twarzy męce od kranówy, właściciel gruntu z wodospadem (wodospad był częścią prywatnej posesji) zdiagnozował błyskawicznie przyczynę moich dolegliwości i podratował magicznie uzdrawiającym naparem.









W Baños znajduje się cała trasa wodospadowa, której jednak nie przeszliśmy i ograniczyliśmy się do dwóch z nich: Cascada de la Novia, który podziwialiśmy z metalowej klatki zawieszonej nad przepaścią, oraz wspominanego wyżej potężnego Cascada Palion del Diablo.









Huśtawka na końcu świata znajduje się trochę poza miastem i można znaleźć ją pod nazwą Casa del Arbol. Sama w sobie jest warta uwagi, przymocowana do konaru drzewa, na którym znajduje się też domek, zwisa nad przepaścią z widokiem na wulkan. Po drodze do niej rozpościera się widok na panoramę całego miasta ulokowanego w dolinie.











2 komentarze: