sobota, 2 kwietnia 2016

Las Vegas


Las Vegas to kolejny punkt na mapie, gdzie poważnie planujemy wrócić. Co prawda poszaleliśmy nocą w kasynach (ja z tego szaleństwa wyszłam nawet na plus wygrywając 4 dolary), ale mimo wszystko była to wizyta w przelocie i zabrakło porannego oglądania tego plastikowego miasta oraz klasycznego zdjęcia z napisem Welcome to fabulous Las Vegas”. Ale nic straconego, wizę mamy, a na zachodnim wybrzeżu wciąż czekają na nas liczne kaniony i parki narodowe.




Las Vegas należy do must see” w tamtych okolicach, i chyba nikomu nie trzeba tego tłumaczyć. Fakt, że przechadzką po głównej ulicy można zaoszczędzić sobie wizyty w Paryżu, Rzymie i Wenecji chyba też jest jasny.






Co dalej przemawia za Las Vegas? Tanie noclegi! To ewenement jak na USA, ale nie wynika on z żadnej dobroci ani przypadku. Do każdego hotelu czy hostelu przynależy kasyno, i w ten sposób niskie ceny noclegów zostają odrobione.
My w trakcie dwudniowego pobytu spędziliśmy noc i w hotelu i motelu, z większą przewagą dla tego drugiego. Kosztował mniej i oferował możliwość obfitego śniadania w korzystnej cenie. Co z tego, że jego częścią składową były przesłodzone naleśniki z syropem klonowym, jeżeli można było dzięki temu poczuć ten amerykański klimat :)
Zamiast tego hotel, który dorwaliśmy jako last minute na jedną noc, zagwarantował nam w ramach pomyłki kolejną noc w łóżku typu king size w trójkę, w warunkach nie odbiegających tym motelowym.





Co więcej z dobroci Las Vegas? Kasyna nie pobierają ani opłat za wstęp ani za rozdawany tam alkohol. Wydasz jedynie te pieniądze, które zainwestujesz w grę, co oczywiście i tak może urosnąć do kwot paru cyfrowych. Na standardowym automacie można mimo to spędzić, w zależności od szczęścia, dłuższy czas, wrzucając jednego dolara i sącząc przy tym darmową piña coladę. Warto jest też mieć przy sobie więcej drobnych na napiwki dla roznegliżowanych kelnerek, ponieważ te podchodzą do gości jedynie wtedy kiedy dostaną od nich parę groszy.





Zbaczając trochę z tematu kasynowej rozpusty dodaję parę przemyśleń z ostatnich dni.

Nie mam zamiaru łudzić się już więcej, że poświęcę na bloga więcej czasu niż dotychczas. Przy moim ogromie wspomnień z podróży ciężko też będzie o aktualność postów. Nie będę robić więc postanowień o częstszych postach i wpisywać bloga do codziennego grafiku, bo męczą mnie niespełnione obietnice. Z pewnością mogłabym lepiej zorganizować swój czas, ale widocznie brak mi wystarczająco zapału żeby zainwestować go w ten sposób.

Mimo to, żal mi piętrzących się, bardzo często nigdy nawet nie obejrzanych zdjęć, i wspaniałych momentów wartych uwiecznienia. Absolutnie nie mam zamiaru przestać podróżować, chociaż w tym roku wszystkie nasze plany stoją pod znakiem zapytania, a energię i czas spożytkowujemy na innych czynnościach. Ten wpis nie jest też pożegnaniem z blogowaniem, nie planuje porzucić tej czynności.

Moim rozwiązaniem jest za to modyfikacja dotychczasowej formy. Czas rozstać się ze zbyt długimi i szczegółowymi wpisami, perfekcjonizmem nękającym mnie, ale też i czytelników. Jak na razie planuję więc mniej treści i mniej zdjęć. Zobaczymy co z tego wyjdzie.  

Relacja z Las Vegas świetnie nadaje się jako początek tej zmiany. Ani nie zabawiliśmy tam nadzwyczajnie długo ani zdjęć nie mam zbyt wiele. Kto zresztą zajmowałby się na moim miejscu aparatem, kiedy trzeba było wygrywać miliony!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz