piątek, 22 kwietnia 2016

Great Basin


Są słowa po niemiecku, których bardzo brakuje w polskim słowniku i które nie sposób trafnie i zgrabnie przetłumaczyć na język polski, tak żeby nie wyszedł z nich kilkuzdaniowy bełkot.
Takim wyrażeniem jest Fernweh, czyli daleko (fern) i ból (Weh). W tłumaczeniu brzmi głupio, ale dla wtajemniczonych to synonim określający bolączki uwięzionej w jednym miejscu duszy podróżniczej. Bo Fernweh to tęsknota za światem dalekim.

I to jest właśnie to, co zakrada mi się do głowy pomiędzy wertowaniem kolejnych stron podręczników, bądź kwili w odchłaniach umysłu podczas długich godzin spędzonych nad biurkiem.
  






Od powrotu z Anglii, który to okres obfitował w liczne krótkie podróże, małe wypady, przeszła mi kompletnie ochota na pospieszne spacery bo kolejnych to miastach. Cieszyłam się na zamiar „zakorzenienia“ się na jednym miejscu chociaż na chwile. Jednak i zeszłe wakacje nie dały mi do tego okazji. Okazja za to przyszła sama wraz z ogromem uniwersyteckich obowiązków. Co za to nie wróciło to chęć wyskoczenia gdzieś na chwile, na szybko. Zamiast tego ze zdwojoną siłą przyszło moje Fernweh.

Tęsknie za daleką podrożą, za wieloma dniami bycia daleko od domu. Za jechaniem wciąż przed siebie i wizją jeszcze kolejnych iluś dni. To był nasz stały sposób na zwiedzanie. Parutygodniowe objazdówki, wcale jednak nie równoznaczne z lenieniem się na plaży. Raczej stała droga, czyli tym co tak korci podróżnika.










W ostatnich dniach wciąż przewijają mi się przed oczyma migawki amerykańskich krajobrazów. Przypomniałam sobie jeden z naszych dłuższych odcinków, kiedy prosto z Salt Lake City w Utah pojechaliśmy do Oakland w Kalifornii przez Wieklą Kotlinę. 1200 kilometrów, to nie jest dla nas wyczyn. Jednak w chwili, gdzie za oknem masz długą prostą, a po bokach wielkie pustki, odbierasz to trochę inaczej. Pamiętam, jak bardzo podobała mi się trasa mimo swojej monotonności. Wielka Kotlina obfitowała w liczne pagórki i wzgórza, a ja nie mogłam powstrzymać się od robienia im zdjęć.















Samo Salt Lake City to miasto jakich wiele. Oprócz noclegu i wieczornego spaceru na stacje, gdzie dane nam było zobaczyć zmęczoną używkami społeczność, nie spędziliśmy tam za dużo czasu. Rano zrobiliśmy szybki spacer po mieście, następnie zatrzymaliśmy się jeszcze przy ogromnym Salt Lake, które z pewnością zasługuje na więcej uwagi niż samo miasto, a potem gnaliśmy już tylko przez te pustynne, wysuszone rejony. Wieczorem dotarliśmy do Oakland, gdzie bardzo gościnnie przyjął nas Renzo i Storm, nie mogąc się nadziwić ile zdążyliśmy już przejechać.

















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz