środa, 9 grudnia 2015

Chicago

Zdążyłam już wspomnieć, że w większości amerykańskie miasta to nie jest moja bajka. Wyjątek stanowią absolutnie fantastyczne San Francisco i ponad wszystko oszałamiający Nowy Jork. Las Vegas też jest niczego sobie, ale dla mnie to bardziej park rozrywki dla dorosłych niż prawdziwe miasto.

Mimo to dzisiaj ani o Nowym Jorku ani o San Francisco, ale za to o polskiej stolicy za oceanem. Chicago to dla mnie masa pozytywnych wspomnień przede wszystkim dlatego, że zostaliśmy tam serdecznie przyjęci przez znajomych z Polski. Trzy siostry wraz z rodziną  „niańcząc“ nas na zmianę zadbały nie tylko o nasz nocleg, ale także oprowadzenie po mieście i organiyację wieczornego czasu wolnego.



Zawsze jest lepiej mieć kogoś obeznanego na miejscu. Zapomnieć na chwilę o przewodnikach, mapkach, informacjach turystycznych i dać prowadzić się jak dziecko do najciekawszych atrakcji niekoniecznie turystycznych. Przy okazji mogliśmy poznać realia życia na tym kontynencie z punktu widzenia osób przebywających tam na stałe. Emigracja tak daleko to jest dopiero prawdziwe wyzwanie, różniące się znacząco od naszych migracji w zasięgu europejskim. Odwiedziny miejsc rodzinnych to wielka wyprawa, celebrowana i planowana z ogromnym wyprzedzeniem. Nasze rutynowe przejażdżki do Polski to przy tym jest nic. Dopiero w Chicago dotarło do mnie to jak wiele zalet ma mieszkanie w Europie.






Pobyt w Chicago dostarczył nam także sporo przydatnych wskazówek. Ja po raz pierwszy spróbowałam tam mojego obecnie ulubionego amerykańskiego piwa Blue Moon, które bardzo ciężko jest dostać w Europie kontynentalnej. Znajomi wzięli nas na obiad do restauracji sieciówki Panera Bread, czyli zdrowego fast food, której szukaliśmy potem w wielu miejscach w USA, kiedy mieliśmy czas tylko na bardzo szybkie jedzenie, czyli dosyć często. Ich sałatki i zupy były wspaniałe, mam nadzieję, że dotrą kiedyś do Europy. W Chicago znajomi zwrócili nam także uwagę na Highway One, między San Francisco a Los Angeles, której z powodów czasowych nie mieliśmy w planach. W ostateczności nagięliśmy nasz grafik. Było warto! (o tym bliżej tutaj).






A miasto samo w sobie? Chicago wydawało mi się bardzo rozlegle i potężne, chociaż liczy niespełna trzy miliony (nie biorąc pod uwagę aglomeracji). Kwalifikuje je jako jedno z tych typowych miast w stanach, gdzie komunikacja nie jest już taka wspaniała i wszystko, łącznie z piekarniami i barami, jest dostosowane do poruszania się samochodem. Centrum jest bardzo nowoczesne, zabudowane przeszklonymi wieżowcami, co także potrafi robić wrażenie, szczególnie wieczorami kiedy wszystko jest oświetlone. Dużego klimatu dodawały wagony metra jeżdżące na powierzchni po potężnych, starych, metalowych mostach, świetnie kontrastując się z nowoczesną architekturą. 



















'Ozdoby' także zapadły mi w pamięć, bo wyróżniały Chicago od innych amerykańskich miast nadając mu ekscentryczny i swoisty akcent: rzeźby Picassa porozrzucane są po mieście, w samym centrum stoi słynna srebrna fasolka, pomniki głów, ekrany z twarzami, kolorowe ławki i wiele innych.












Za co jednak Chicago ma u mnie największego plusa to jego położenie u wybrzeży jezior i kanały wodne przecinające swoją turkusową wodą całe centrum.









Nie powiem zeby Chciago bylo jednym z moich ulubionych miejsc na mapie USA, a jezeli mialbym tam jeszcye raz leciec to raczej ye wzgledu na okazyjne ceny lotow, ale ubieglorocyne trzy dni wspominam bardzo cieplo. Pemietam ze w dniu planowanego odjazdu wciaz czulicmy niedosyt i postanowicismz po ray pierwszy jeden z naszych dodatkowzch, rezerwowch dni posiecic wlasnie na Chcago.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz