sobota, 15 sierpnia 2015

Wielki Kanion

Od podróży po Stanach minął rok obfity w inne mniejsze lub większe wyprawy. Stos zdjęć się piętrzy, wspomnienia rozmywają a postów nie przybywa!
Coraz mniej się łudzę, że uda mi się opisać wszystkie chwile warte uwiecznienia, ale… troszkę łudzę się  jednak wciąż!
Dlatego dzisiaj,  w krótkiej przerwie między wyjazdami, korzystając w przelocie z chwil życia codziennego, nie na walizkach, przenoszę Was do upalnych Stanów z sierpnia 2014 roku.




Na początku sierpnia oscylowaliśmy w okolicach wschodniego wybrzeża, Kalifornia, Newada i Arizona.
Od Nowego Jorku, w którym zaczynaliśmy, mieliśmy już za sobą szmat drogi.
Nasz powrót zbliżał się wielkimi krokami, mimo to wciąż mieliśmy tysiące mil do przejechania.  Pamiętam, że na tym pustynno-asfaltowym etapie naszej trasy z tęsknotą wzdychałam do Europy. Nawet nie do Europy dobrze mi znanej, ale jakiejkolwiek. Po horrorach filtrowanej amerykańskiej kawy marzyłam o kawie z prawdziwego ekspresu. Po ohydnym chlebie, wodzie i owocach (to niestety nie mit) śniły mi się nasze produkty. Nie mówiąc już o stylu życia na starym kontynencie, ciasnej zabudowie i obecności większych ludzkich skupisk w niedalekich odległościach.
Oczywiście, na ten moment tęsknię za naszym amerykańskim „tripem” i tamtejszym kontynentem, za Nowym Jorkiem, ale także za przebrzydłymi mi ówcześnie pustkowiami i kilometrami do przejechania. Może to sentyment do wspomnień, który mam do większości z podroży, ale też wiem, że ze Stanami na pewno nie pożegnałam się rok temu po raz ostatni.




Trochę tam trzeba było się namęczyć, żeby dotrzeć gdziekolwiek, bo jak wcześniej wspominałam w Stanach nic nie jest niedaleko. Ale jak już się postarasz to widoki zwalają z nóg.
Żeby nie było, że szwendałam się po zachodnim wybrzeżu i nie obejrzałam „pobliskiego” cudu natury, dzisiaj prezentuję Wielki Kanion.
Z opisem miast wciąż się wstrzymam. Na ten moment nie wiem co bardziej mnie męczy: odwiedzanie miast czy pisanie o nich. 
Zresztą, wspaniałych architektonicznie miast w Europie nam nie brak, Wielkiego Kanionu za to tak.




Z Las Vegas, gdzie dotarliśmy wieczór wcześniej, miało być nam najbliżej. Wycieczka i tak zajęła nam cały dzień, ale na podbój kasyn został nam cały wieczór i połowa nocy. Po drodze zahaczyliśmy o Tamę Hoovera, która warta jest chwili uwagi jedynie kiedy się jest bezpośrednio w jej okolicach. Szału nie ma więc wyprawy dedykowanej jedynie tej atrakcji nie polecam.

Już niedaleko od Wielkiego Kanionu w radio przepowiadali złe warunki atmosferyczne w okolicach, na co po przejściach we wcześniejszym etapie podróży byliśmy już bardzo przeczuleni, dlatego zestresowani przyglądaliśmy się pionowej ?!? chmurze widzianej na horyzoncie.






 Oczywiście, że WIELKI Kanion jest ogromny, i można oglądać go nie tylko z jednej strony. Można nawet objechać go wokoło, co kosztuje parę dni cennego czasu, więc tę przyjemność zostawiliśmy na  bliżej nieokreśloną przyszłość.
Nie zaprzeczając niesamowitym wrażeniom, nie sądzę jednak żeby ten widok mógł zaabsorbować przez dłużej niż jeden dzień, i co jak co, ale Wielki Kanion z punktu, z którego go widzieliśmy, był dla mnie wystarczający. 
 Grand Canyon West, popularny ze względu na położenie w rozsądnej odległości od Las Vegas, znajduje się na terenie należącym Indian Hualapai. Dlatego też za wstęp trzeba zapłacić dodatkowo, nawet jeżeli jest się posiadaczem karty uprawniającej do darmowego wstępu do wszystkich parków narodowych w USA. My mieliśmy tę kartę, którą przy okazji gorąco polecam, ale do najbliższego punktu Wielkiego Kanionu, gdzie karta uprawniałaby nas do darmowego wstępu, było zbyt daleko.





Chwila namysłu w aucie, czy naginać plan trasy pod darmowa wejściówkę czy odżałować 40 dolarów i już wchodziliśmy do autobusu wiozącego nas do pierwszego z trzech punktów widokowych Grand Canyon West.
Widoki zrekompensowały nam wydane dolary, a rzeka Kolorado wijąca się w dole przepaści przesłoniła komercjalizację i resztę turystów. Podejście do krawędzi (niezabezpieczonej żadnymi barierkami) mroziło krew w żyłach, a siedzenie na skraju przyprawiało niemalże o zawal serca. Zaciekawieni liczbą śmiertelnych wypadków w tym miejscu, dowiedzieliśmy się od jednego z pracowników, że w najświeższej historii tej części Wielkiego Kanionu nic się nie zdarzyło, ale jedna osoba o mało co nie poleciała w pogodni za dolarami wywianymi z portfela przez wiatr.





Na koniec dodam, że podobno da się nawet w tej okolicy zachwycać Wielkim Kanionem za darmo, na dziko i bez masy turystów, nam jednak nie udało się znaleźć tego miejsca, wiec poszliśmy na łatwiznę. :)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz