piątek, 20 marca 2015

Highway One vs Route 66

Highway One to nasze przypadkowe odkrycie. Ani nie zaplanowane ani nie umieszczone w grafiku. Deficyt czasowy, będący hasłem przewodnim całej amerykańskiej wycieczki, nie dopuścił do naszej myśli przywiązywania wagi do trasy, którą pokonujemy po drodze do celu. Tyle było przecież miejsc, które ominęliśmy i stanów do których nie zajrzeliśmy, tyle zapomnianych parków narodowych. Kto by w takich okolicznościach, zaprzątał sobie głowę autostradą?
Oczywiście Route 66 to już inna kwestia, myśleliśmy. Droga Matka, najważniejsza, kultowa, historyczna, przecinająca ten ogromny kraj na wskroś; prędko więc powędrowała na naszej liście must-see na jedną z czołowych pozycji. To przecież rozumie się samo przez się!








Nic bardziej błędnego! Szczątki Route 66 to droga przez pola i budy przechodzące w prowincjonalne miasteczka, pomiędzy plastikowymi "zabytkami", z których największą atrakcją jest wieloryb Blue Whale, będący w czasach świetności Route 66 kąpieliskiem.
Highway one, również zaoferuje ci wielorybie atrakcje, z tą różnicą, że będą one prawdziwe! Zaplanowane obcowanie z tymi ssakami na islandzkich wodach doszło do skutku dopiero na kalifornijskich wybrzeżach Pacyfiku, właśnie przy Highway One. Może nie podałam sobie z nimi ręki i nie mam ich zdjęcia z odległości kilku metrów ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że widziałam ich dwie sztuki w naturalnym środowisku, nie przysparzając im nadmiernego stresu turystyczna łodzią, jak bywa to na Islandii.



















Jak trafiliśmy ostatecznie na Highway One? Za sprawą porad tubylców, których zawsze należy pytać po czym konfrontować ich wskazówki z galerią obrazów Google i blogowymi poradami.
Będąc w Chicago polecono nam koniecznie wybrać widokową Highway One i w żadnym wypadku nie decydować się na ekspresową autostradę wgłąb lądu, którą ten sam dystans pokonalibyśmy dwa razy szybciej. Decyzji nie żałowaliśmy.








Idąc tym samym tropem na Route 66 też zaciągnęliśmy rady lokalnych. Przyjazna para emerytów i ich stylowy oldtimer u wrót muzeum Route 66 przyciągnęła nas jak magnez. Tamtego wieczoru, nocy i dnia byliśmy w trakcie pobijania własnego rekordu godzin spędzonych w trasie. Ostatecznie uzbierało się ich 26 i ponad 2 tysiące kilometrów lądu za nami. To nie mało. W tamtym konkretnym momencie byliśmy mniej więcej w połowie i biorąc pod uwagę fakt, że za nami była noc spędzona za kółkiem, i wcale nie wybieraliśmy się na odpoczynek ale mięliśmy kolejne 10 godzin drogi przed sobą, nasz priorytet czasowy przybrał ekstremalnych rozmiarów. Zabukowany samolot z Nowego Jorku, do utęsknionej Europy przecież nie zaczeka.
Tak więc małżeństwo, zapytane o to czy jest sens wchodzić do muzeum kosztem bardzo cennego czasu, z zapałem, którego nie zapomnę do dziś, zaczęło wychwalać je w niebiosa. Oczywiście, że musimy go odwiedzić bo to było najlepsze muzeum, które kiedykolwiek odwiedzili! Po czym dodali, że właśnie odbywają podróż życia szlakami route 66. Zachęceni, udaliśmy się do kasy po bilety gdzie ekspedientka, zmartwiona naszym losem, że możemy zabawić tam długo sprzedała nam wejściówki za pół ceny. Całkiem dobry chwyt! Weszliśmy do środka i po kilkunastu minutach buszowania po pokojach z eksponatami byliśmy gotowi.









Cała ta błaha historia, jest świadectwem wagi jaką Amerykanie przywiązują do tej szczególnej trasy i rangi jaką odgrywa ona w ich kulturze. Podejrzewam, że i typowo amerykańskie samouwielbienie po raz kolejny za sprawą tych subiektywnych opinii wyszło na światło dzienne. Lekko skrzywione wyobrażenie na tle własnego kraju towarzyszyło nam w USA od samego początku a w końcowym etapie podróży było już dosyć nużące.
Ale, żeby za dużo nie marudzić, bo przecież miałam zachwalać uroki Highway One, na koniec trochę faktów:

Highway One czyli California State Route 1, to droga stanowa licząca ponad tysiąc kilometrów. Co najważniejsze, łączy San Francissco z Los Angeles. Na pokonanie tego odcinka, trzeba przeznaczyć cały dzień, biorąc pod uwagę ilość punktów widokowych na których na prawdę warto się zatrzymać. Jadąc zza okna bez ustanku widzimy bezkres Oceanu Spokojnego i przepaście. Nam nasuwały się na myśl analogie do albańskiej trasy widokowej wiodącej do Sarandy, z tą różnicą, że tutaj było bardziej egzotycznie. Co jakiś czas palmy z wodospadami, wspomniane wyżej wieloryby, no i oczywiście ocean na miejsce morza.





Oczerniona przeze mnie, może nie słusznie, Route 66, to trasa historyczna, otworzona w 1926, miała prawie 4 tysiące kilometrów i powadziła przez 8 stanów, od Chicago do Los Angeles. Droga, uznana za przestarzałą została zastąpiona autostradami międzystanowymi i dzisiaj możemy podziwiać tylko jej szczątki, głównie zza szyby samochodu, bo przebiega wzdłuż nowych tras. Na atrakcje krajoznawcze nie ma co liczyć, można jedynie polować na to co stworzono z okazji istnienia Route 66 na mało ciekawych terenach,.Do atrakcji zaliczają się plastikowe wieloryby (który mimo wszystko szczerze przypadł mi do gustu ze względu na słabość do tych zwierząt) i resztę straszydeł jak np. posąg butelki do mleka. Musze jednak dodać, że my ograniczyliśmy się jedynie do odcina przebiegającego przez Oklahomę, istnieje też odcinek pod nazwą Historic Rote 66, który da się przejechać i który stanowi atrakcje turystyczną i bardzo możliwe, że wart jest uwagi, ale tam nie dotarliśmy. Mimo wszystko, mając czas, warto zahaczyć chociaż na chwilkę o jakikolwiek element trasy. Chociażby po to żeby poczuć na własnej skórze element kultury amerykańskiej i istotny element historyczny tego narodu.




1 komentarz:

  1. Co moge powiedziec ? Zal mi dupe sciska! Zdjecia obledne! Dobrze, ze kupiliscie ta lustrzanke. widoki zabijaja!

    OdpowiedzUsuń