środa, 21 stycznia 2015

Saaremaa – wspomnienia zeszłorocznej podróży

Pośrodku refleksji z ostatnich wojaży, pomiędzy Islandią a USA, dopadła mnie natrętna estońska wena.Spore zaległości w relacjach nie są wstanie zmienić faktu, że to Saaremaa wysunęła się na pierwszy plan.
Od momentu obcowania z tym skrawkiem ziemi była pewna, że ani moja blogowa chronologia ani przytłaczająca ilość rosyjsko-zabytkowych wrażeń, czekających na ujrzenie światła dziennego, nie powstrzymają mnie przed opisaniem Saaremy.

Państwa bałtyckie wypadły słabo w moim osobistym rankingu odwiedzonych miejsc. Saaremaa nie była wyjątkiem. Utwierdziła mnie w poczuciu rozczarowania tym rejonem. Jednak wspomnienie tamtejszej wizyty zadomowiło się na stałe w czeluściach mojej pamięci, raz po raz wyrzucając obrazy z obejrzanych miejsc.




Saaremaa, estońska wyspa, o której istnieniu nie miałam najmniejszego pojęcia i której nazwę wciąż piszę z błędami, była najbardziej kuriozalnym miejscem, jakie widziałam.
Szutrowe drogi usiane przystankami autobusowymi, prowadzące przez las.
Skrzyżowania na pustkowiach pośród pól, gdzie nie przemieszcza się nikt.
Ogromne obszary niezamieszkałych łąk i poza tym nic.
Może to brzmieć jak idealna głusza, jak ukojenie dla znerwicowanych cywilizacją dusz. Może to zalatywać trochę Islandią. Ale tak nie jest.
Przemierzasz te trasy i zastanawiasz się jak nie zasnąć. Po lewej stronie trawa, po prawej stronie trawa.
I co pewniej czas, pomiędzy tymi krzewami, wyłaniają się skupiska białych krzyży. Stosunkowo do niskiego zaludnienia wyspy, jest ich dosyć dużo. Na myśl automatycznie nasuwa się okrutny żart, jakoby mieszkańcy umierali tu licznie z nudów.


Niespodzianek jest jeszcze więcej. Saaremaa promuje swoją turystyczną atrakcyjność. W nielicznych zajazdach pośrodku niczego „zawsze znajdziemy mapę z nagłówkiem „Saaremaa sights”.
Do odhaczenia mamy: klify, latarnię morską, krater i muzeum wiatraków. Przy każdym z tych miejsc znikąd wyrastają grupki ludzi w desperacji wyżywających swoją frustrację na aparacie, fotografując te „spektakularne” wizytówki.
Lekko zniesmaczeni po wizycie i noclegu w wychwalanym pod niebiosa kurorcie Kurassaare, gdzie skonfrontowaliśmy się z ulokowaną nad bagnami twierdzą w remoncie i hotelem ze strajkującymi kucharzami, z niepokojem zbliżamy się do pierwszej atrakcji wyspy.
Czarno-biała latarnia w Saare potwierdza nasze obawy, że nie dobrego nie spotka nas na wyspie. Przemierzając spłowiałe pola zastanawiamy się, jak wyglądają następne uwypuklone na mapie punkty. Zaledwie 20-metrowy klif Panga również nie powala nas z nóg.



Jedynie jezioro w kraterze Kaali wydaje się być ciekawym akcentem na wyspie. Krater powstał na wskutek uderzenia przez ponad 400-tonowy meteoryt około 7500 lat temu. Mało gdzie można zobaczyć pośrodku lasu tak ciekawą dziurę, zalaną seledynową wodą, toteż miejsce to rozbudziło nasze nadzieje odnośnie wyspy.


Mimo to, żałosne muzeum wiatraków potrafiło ostudzić każde pozytywne emocje i przygasić jakikolwiek zapał. Mapa wabiła nas tymi nostalgicznymi, drewnianymi wiatrakami niczym zbawieniem. Jedziemy więc niecierpliwie w kierunku miejscowości Angla.
Symbol wyspy – 5 wiatraków stoją przy drodze odgrodzone płotem. Te 5 wiatraków składa się na całą kolekcję muzeum, za które pobierana jest nawet opłata. Nasz żal znajduje upust w natychmiastowej decyzji o skróceniu pobytu na wyspie. Estetyczna potrzeba gna nas aż poza granice kraju do secesyjnej Rygi, gdzie dojeżdżamy tego samego wieczoru.


Przed wyjazdem na Saaremę dociekliwie szukałam informacji w intrenecie na temat wyspy. Gdzieś pomiędzy wersetami z wiadomościami praktycznymi wyczytałam stwierdzenie, że Estończycy po usłyszeniu słowa Saaremaa reagują zadumą, uśmiechem i błyskiem w oku. Być może moje ówczesne lekkie przeziębienie upośledziło moją percepcję uniemożliwiając dojrzenie osobliwego piękna wyspy.
Ja też na myśl o kraterze, pustych polach i wiatrakach za płotem robię się nostalgiczna, ponieważ odkryłam najdziwniejsze miejsce na mojej mapie podróżniczej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz