poniedziałek, 26 stycznia 2015

Budapeszt

USA znowu nie zabłysną na pierwszym planie, jeszcze na chwilę schowają się w ciemny kąt ponownie ustępując miejsca zakątkom naszej barwnej Europy.

Nie umiem pominąć milczeniem noworocznych wrażeń i poddać się dyktandu chronologii.  
Są wyprawy wielkie, aż przytłaczające, po których trzeba sobie dać parę chwil, żeby mogły spokojnie ułożyć się w głowie i zająć odpowiednie dla nich miejsce. Tak przetrawić trzeba na przykład podróż przez 23 stany USA. 
Drugi rodzaj wspomnień to ten przyjemny stan umysłu, w którym unosisz się, krótko po zakończeniu kilkudniowych wypadów, tych spod znaku zapytania, nieplanowanych i spontanicznych. Taka była Islandia. Taki teraz był Budapeszt. Te wyjazdy najwierniej oddaje się spisując je czym prędzej, zanim przemiłe acz niepiorunujące momenty nie zdążą zatrzeć się w gmatwaninie codziennych zadań.





Wiedeń ma zalet bez liku. Bezsprzecznie! (Ale nie o tym dzisiaj.) Jedną z nich jest jego położenie geograficzne. Odwiedziny bliskich w austriackiej stolicy z łatwością można rozszerzyć o oddalony o 3 godziny drogi Budapeszt. Tym sposobem nie tylko robi się dwie rzeczy za jednym zamachem, ale także odbywa podróż po historycznej monarchii austro-węgierskiej.





Nasz Wiedeń z ostatnich dni 2014 roku to była bardziej euforia spowodowana wspólnym towarzystwem, przygotowania do sylwestrowej imprezy i wieczorne partyjki monopolu niż odbębnianie zabytkowych kamienic. Niezwykle rzadki w stolicy biały puch i mroźne temperatury dopomogły nam w postanowieniu by bardziej skupić się na sobie samych niż turystycznych atrakcjach. Naturalnie, nie obyło się bez zahaczenia o wiedeńskie wizytówki. Stephansdom, Karlskirche, Schönbrunn, Hundertwasserhaus to oczywista oczywistość bez zobaczenia których nie powiesz, ze byłeś w Wiedniu. A że dla Karoliny i Oskara była to pierwsza wizyta, to ich obecność w tych miejscach była obowiązkowa, jednak za każdym razem gdzieś w tle majaczyła Melange (kawa) i Sachertorte (tort) w Aida (sieciówka austriackich kawiarni z tradycją), czy też koczowanie w McDonald's w celu ogrzania się.
Sylwestrowa zabawa na 32 pietrze z wyśmienitym widokiem na mniej wyśmienitą część miasta to była kontynuacja trwającej dla nas i wciąż nie kończącej się imprezy.














 





Dzień po Nowym Roku, z którego udało nam się wyrwać jeszcze parę wieczornych godzin, pojechaliśmy do pięknego Budapesztu.

To był drugi raz kiedy odwiedziłam to miasto, chociaż wolałabym żeby był pierwszym. W upalne lato 2010 roku latałam jak głupia, przyklejona do książkowego przewodnika, od jednego zabytku do drugiego. Omal nie wyzionęłam ducha, ale każda kolumna, każdy pomnik i skwer musiały być zaliczone. Ale to nie był jedyny problem, w zasadzie to nie to było problemem. Atmosfera była gorąca, ale to też nie było spowodowane temperaturą powietrza, a nieznośnym, burzącym krew w żyłach i toksycznym towarzystwem. W takich chwilach dobrze mieć ze sobą w podróży Jarka, który tak poza tym w każdej podróży jest elementem niemalże niezbędnym. Dzięki temu można było ulżyć sobie wzajemnie słownie porzucając niedopasowany element wycieczki w innym rejonie miasta i kontynuować w dwójkę zabytkowy amok, swobodnie mieszając daty i wydarzenia z obgadywaniem drugiej nieznośnej pary.
Dzisiaj to już historia, ale zachwyt nad miastem trwał nieprzerwanie od tamtej chwili. Wiedziałam, że będę musiała tam wrócić, zmyć skazę tych kłótliwych upalnych dni.
Zimowe początki 2015 roku i wspaniałe towarzystwo nie mogły nie zostać najlepszą przeciwwagą dla prze wstrętnych wspomnień.
Budapeszt podobnie jak Wiedeń, pobudzał naszą aktywność w wieczornych porach.
Udało nam się jednak wdrapać na Wzgórze Zamkowe i podziwiać panoramę miasta, przejść przez monstrualny i przepiękny Most Łańcuchowy oraz zawiesić oko na dłuższą chwilę na prawdziwe arcydzieło jakim jest budynek parlamentu węgierskiego. W międzyczasie udało nam się dostrzec charakter miasta, które żyje własnym życiem. Nieco obdrapane, nieco pobrudzone, bardzo wschodnie i poprzez to wszystko niezwykle autentyczne.

























Ponownie szwendaliśmy się między knajpami, całkowicie tracąc głowę i serce dla przepysznej (w odróżnieniu od austriackiej) kuchni węgierskiej. I tutaj od razu do polecenia mam 3 adresy:
1. Tüköry - kuchnia węgierska
2. Drum Cafe - kuchnia żydowska, do wyboru kolorowe piwa smakowe
3. For Sale Pub - stylizowana na średniowieczną restaurację z kuchnią węgierską z ogromnymi porcjami. Znak charakterystyczny to karteczki z podpisami gości rozwieszonymi na suficie.






Dla zwieńczenia paru dni wypoczynku i zaprawienia przed styczniowymi bojami wybraliśmy się do wymarzonych słynnych łaźni Széchenyiego.
Dobrze jest mieć Budapeszt tak blisko siebie!!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz