niedziela, 5 października 2014

Islandia biała

Nagle, z mroku przygnębiającej czerni, zaczęła przebijać rażąca biel lodowca. Zza gęstej, szarej chmury wyłonił się najpierw jego kawalątek u podnóża, stopniowo ukazując całe swoje monstrualne oblicze. Temperatura gwałtownie zmalała, a w płucach wraz z każdym oddechem zaczęliśmy czuć lód. Krajobraz opanowały odcienie bieli i przez kolejny dzień aura tej majestatycznej barwy nie opuszczała nas na krok.





To jest odcinek krainy białej, Islandii zdominowanej przez jej największy lodowiec Vatnajökull. Główna droga numer 1, okrążająca całą wyspę, prowadzi na południowym-wschodzie wzdłuż lodowcowych jęzorów. Jadąc tamtędy wszędzie dojrzysz zastępy śniegu: i na skalistych wzgórzach, i tuż za szybą auta.
Tony lodu z mroźnych wyżyn rozlewają się nierównomiernie jak lukier na cieście aż po krańce rozległych polan. Wszystko to tak nierealne i nieziemskie staje się dla ciebie tak osiągalne, bo dosłownie, na wyciągnięcie ręki. Jesteś nawet w stanie zdobyć tą niewzruszoną, oziębłą górę, wraz z całą wycieczką i przewodnikiem! Nam, na tą nieplanowaną frajdę, nie starczyło czasu, ale sama taka wspinaczka jest wystarczającym powodem żeby wrócić w to miejsce po raz kolejny.

Dla mnie ta biała Islandia była sednem całej podróży. Islandią najprawdziwszą. Ona wryła mnie w ziemie, onieśmielając rzuciła na kolana i kazała przepraszać za przedwyjazdowy brak wiary i zwątpienie w nadzwyczajność tej wyspy.




W rejony lodowca dotarliśmy późno. Podziwiając ten cud natury rozglądaliśmy się powoli za miejscem noclegu. Tym razem nie mieliśmy nic zarezerwowanego. Planowaliśmy rozbić namiot na jednym z licznych kempingów. Początkowo chcieliśmy rozbić się w najbardziej turystycznych okolicach lodowca Vatnajökull, przy parku narodowym Skaftafell. Po osiągnięciu celu, nieustatysfakcjonowani z powou zbyt wysokich cen nie tylko za pole namiotowe, ale przede wszystkim za prysznice, ruszyliśmy dalej. Po raz kolejny doceniliśmy białe noce, które pozwoliły nam na wzgardzenie zbyt drogimi łazienkami i szukanie o późnych wieczornych godzinach tańszej opcji, w oddalonej o 100 kilometrów miejscowości Höfn. W ten sposób zyskaliśmy odrobinę luksusu w naszych spartańskich warunkach pod postacią kilku dodatkowych minut pod ciepłym prysznicem.


Po drodze do Höfn minęliśmy jezioro Jökulsárlón. Wjeżdżając na most, całkiem niespodziewanie ujrzeliśmy biało-błękitne kry lodu dryfujące gęsto obok siebie po tafli wody. Po paru sekundach okrzyków i euforii doszło do mnie, że to Jökulsárlón - jeden z obowiązkowych punktów na naszej mapie. Nie wiedziałam tylko, że przyjdzie nam podziwiać go tak nieoczekiwanie, w okolicach 23:00, przy słabych promieniach dogorywającego słońca. Pomimo poźnej godziny i braku noclegu nie byliśmy w stanie minąć go obojętnie bez zatrzymania się.







O tym jak dobrą decyzję podjęliśmy przekonaliśmy się już następnego dnia, kiedy to stanęliśmy przy jeziorze wczesnym rankiem z całą rzeszą turystów. Jezioro było co prawda wciąż wspaniałe, jednak tłumy i palące słońce odebrały mu całą magiczną aurę i surowy rys. Cieszę się, że po raz pierwszy ujrzeliśmy go w odosobnieniu, przemarzając do szpiku kości, ale mając na wyłączność całe jego piękno oraz moc.



W Höfn rozbiliśmy namiot i zrobiliśmy szybką rundkę z islandzkim piwem po mieście. Było około pierwszej w nocy i prawdopodobnie z tego powodu byliśmy jedynymi osobami na ulicy. Wciąż było jasno, a raczej osobliwie biało. Doszliśmy do portu i wróciliśy mijając uśpione domy i nie spotykając żywej duszy. Ta sceneria nie mogła nie nasunąć mi na myśl cienkich katastroficznych filmów amerykańskich, gdzie po zagładzie świata na ziemi zostaje tylko parę osób. Oprócz tego wrażenia, Höfn nie zaskoczył nas niczym nadzwyczajnym.












Ostatnim białym akcentem był planowany przez nas treking nad jęzorem lodowca. W tym celu wróciliśmy do parku narodowego Skaftafell. Następnie przebijając się przez krzaki pod stromą górę i dogryzając wzajemnie złośliwościami wynikającymi ze zmęczenia, znaleźliśmy się na szczycie, widząc rażącą biel lodowca tym razem z innej perspektywy. Jęzor lodowca, który teraz mogliśmy oglądać z góry w całej okazałości, w pełni zrekompensował nam wcześniejszy nudny i męczący odcinek. Idąc z powrotem ponowie powiało mrocznym klimatem czarnej pustyni, mając ją przed oczyma podczas schodzenia w dół. Dopiero z tego punku, widząć jak pustynia znika za horyzontem, zdaliśmy sobie sprawę, jak ogromny jest jej teren.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz