niedziela, 24 sierpnia 2014

Islandia czarna

Islandia jest kolorowa. Jednak nie na raz, nie w tym samym miejscu. Ze swoimi mocnymi barwami pozostaje konsekwentna. Jeżeli jest zielona, to na każdym kroku razi nas w oczy ten soczysty odcień, jeżeli jest czarna, to po kilku chwilach przesiąkamy jej mrocznym, przytłaczającym klimatem, natomiast jej błękit i biel tchną w nas nutę rześkości. Stanowczy islandzki krajobraz nie pozwala na jakąkolwiek dysharmonię, przynosząc ulgę i ukojenie dla zmęczonych natłokiem codziennych bodźców zmysłów.







W trakcie naszej podróży pojawił się odcinek czarny. Pył wulkaniczny i lodowcowy czarny piasek zdominowały całą okolicę, zajmując ogromne połacie terenu, których nie sposób było objąć oczyma. Widoczny był także na jęzorze lodowca, któremu przyjrzeliśmy się z bliska. Chwilami miałam odczucie, że znalazłam tutaj sobowtóra kopalnianego Śląska.







Niemalże pod sam jęzor lodowca Myrdalsjokull da się podjechać samochodem. Żeby w pełni obcować z tym cudem natury oraz doświadczyć trekingu po niebezpiecznych ścianach lodowca, należy wykupić odpowiednią wycieczkę z przewodnikiem oraz wypożyczyć odpowiedni sprzęt.
My zadowoliliśmy się ostrożnym spacerem po dolnej partii jęzora lodowca na przemian balansując po śliskiej powierzchni oraz podziwiając liczne grupy wspinające się na wyżyny tego kolosa.

















Podróżując dalej przez czarną islandzką odchłań docieramy do małej mieścinki o nazwie Vik, liczącej zaledwie 300 osób. Zaledwie, patrząc na to dzisiaj, jednak na Islandii była to pierwsza większa osada od czasów Selfoss. Sama miejscowość Vik nie ma za dużo do zaoferowania. Oprócz domków, stacji benzynowej i kościoła znajdują się tam dwie restauracje kiepskiej jakości (w jednej z nich pracuje Polka, co jak się okazało podczas dalszej podróży wcale nie należało do wyjątku).
Do Vik sprowadziła nas słynna czarna plaża. Podczas ładnej pogody podobno można spotkać tam maskonury, tulące się do ścian skarpy, my jednak trafiliśmy podczas zawieruchy.
Czarna plaża, na której bardzo drobny żwir zastępuje piasek, robi spore wrażenie, przede wszystkim dlatego, że jest inna niż znane nam wybrzeża. Agresywne fale oceanu z łoskotem odbijające się od brzegu oraz obecność wystrzępionych skał nie wydają mi się jednak jako przyjemne miejsce na kąpielisko.











Kolejnym czarnym akcentem trasy są paradoksalnie pola mchu. Występują one obficie w okolicach miejscowości Kirkjubajarklautur, która w XVIII wieku padła ofiarą pobliskiego wulkanu Laki, trawiona lawą obficie sączącą się z jego kraterów. Obecnie równina pokryta zakrzepłą lawą porośnięta jest mchem, który tworzy niezwykłe zjawisko. Tylko dla niego zatrzymaliśmy się przy drodze, by chociaż parę minut poskakać po tej miękkiej jak gąbka narośli. Mchy, mimo swojego zielonego odcienia w niczym nie przypominają jaskrawej barwy z innych obszarów wyspy. Są ciemniejsze i o wiele bardziej ponure. Poza tym, ich kolor jest dopiero widoczny kiedy spadnie na nie deszcz, w innym przypadku przypominają bulwy wypalonej trawy.













Na zakończenie czarnego odcinka przeprawiliśmy się przez niebezpieczny teren pustyni Skeidararsandur, gdzie przy złych warunkach atmosferycznych często przytrafiają się burze piaskowe. Ta największa na południu wyspy pustynia pokryta jest czarnym piaskiem pochodzenia lodowcowego, który został wypłukany przez wodę spod lodowej czapy Vatnajokull. W tym miejscu Islandia pokazuje swój nieprzystępny i trudny charakter. Po tym obszarze krajobraz mocno kontrastuje się i wjeżdżamy do mroźnej białej krainy. Ale o tym już następnym razem.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz