niedziela, 6 lipca 2014

Złoty Krąg

Ruszamy dalej pozostawiając za sobą namiastkę prawdziwej  Islandii, spragnieni niezmiernie kolejnych wrażeń tej bajecznej krainy.
Po półtora dnia pobytu na islandzkiej ziemi wciąż tkwimy jedynie u wrót nieziemskiego świata, oddzieleni o zaledwie kilka kroków od miejsc, które dotychczas miały prawo istnienia jedynie na stworzonych przez ludzką wyobraźnię grach komputerowych, bądź bajkach dla dzieci.
Reykjavik jest nadal uroczy. Ale to nie dla niego wybraliśmy się w tą tułaczkę.







Na tym etapie podróży jestem wciąż sceptyczna. Czy plujący wzwyż wrzątek naprawdę potrafi wprawić w osłupienie bardziej niż antyczne budowle? Czy lodowaty wodospad na łące zapiera dech w piersiach? Ciekawość, niecierpliwość i niedowierzanie ustępują miejsca kolejno po sobie. Pisząc ten post i oglądając zdjęcia doznaję jedynie jednego z tych uczuć: nie umiem uwierzyć, że istnieje takie miejsce na ziemi i że ja mogłam tam zabawić parę dni.




Pocieszeniem na nasze marnotrawstwo czasu na Reykjanes są białe noce, czyli niekończące się dni. Okazują się one być ratunkiem dla naszego porannego guzdralstwa i zbyt długiej adoracji poszczególnych cudów natury. To prawdziwe ukojenie nadwyrężonych podróżniczym stresem nerwów, kiedy w obawie przed przeoczeniem atrakcji turystycznych trzeba prowadzić wyścig z czasem. Tutaj nic nie szkodzi temu, żeby w okularach przeciwsłonecznych podziwiać krajobrazy w późno wieczornych godzinach.




Tego dnia mieliśmy w planie zrobienie Złotego Kręgu (znanego pod angielską nazwą Golden Circle). Jest to trasa na południu Islandii łącząca trzy najważniejsze atrakcje tej części kraju. Składają się na niego: Park Narodowy Pingvellir, aktywny gejzer Strokkur oraz wodospad Gullfoss. Wszystko to można obejrzeć nocując w stolicy podczas kilkugodzinnego wypadu.  My planujemy dłuższą podróż, dlatego przed podziwianiem Złotego Kręgu zatrzymujemy się w miasteczku Selfoss, ostatniego miejsca na naszej trasie, gdzie znajduje się większe skupisko supermarketów.
Zaopatrywaliśmy się zawsze w  najtańszej sieciówce marki BONUS, w którym nie tylko można kupić wszystkie podstawowe artykuły żywnościowe, ale także napić się darmowej kawy. W Selfoss mamy ostatniego BONUSA na naszej trasie.






Równina Pingvellir, gdzie docieramy najwcześniej, to niezwykle istotny punkt w historii wyspy. Znana jest głównie jako miejsce obrad islandzkiego sejmu Althingu, który zebrał się w tutaj po raz pierwszy w 930 roku. Jednak Pingvellir był nie tylko świadkiem tego nowoczesnego na skalę europejską eksperymentu, ale także miejscem krwawych sporów, srogich sądów oraz kluczowych decyzji, jak np. przejęcie chrześcijaństwa. W czasach zwierzchności Norwegii, a następnie Danii, Pingvellir zyskało rangę symbolu przypominającego uciemiężonym islandczykom o świetlanych kartach własnych dziejów. Nie muszę już chyba wspominać gdzie odbyły się uroczystości w związku z uzyskaniem niepodległości kraju.







Pingvallavatn, największe jezioro na wyspie
Następnie przemieszczamy się do krainy wrzącej wody, gdzie oczekuje nas symbol Islandii: gejzer. Ten własciwy Geysir, od którego nazwy własnej wywodzi się to międzynarodowe słowo, jest nieaktywny od wielu lat. Musieliśmy się zadowolić jego mniejszym, acz regularnie wybuchającym kolegą gejzerem Strokkur. Kluczyliśmy po wytyczonych ścieżkach między 100 stopniową parą wodną, wydając piski radości przy każdym wybuchu, tak jak gdybyśmy za każdym razem widzieli to zjawisko po raz pierwszy. Dosyć nietypowa, późna godzina zwiedzania, umożliwiła nam obcowanie z gejzerem w towarzystwie zaledwie kilku innych osób, które nasza dzika euforia wybiła z zadumy i kilkugodzinnej kontemplacji nad uchwyceniem właściwego kadru.






Ostatni i najbardziej majestatyczny punkt Złotego Kręgu, wodospad Gullfoss, dane nam było podobnie jak gejzer oglądać w całkowitej ciszy i spokoju. Zwykle przeludnione miejsce w godzinach około 22.00 zieje pustkami. Mieliśmy ten potężny cud natury przez kilkanaście minut na wyłączność. Przeraźliwy chłód wody dosyć szybko nas odstraszył, jednak ten krótki czas wystarczył by zachłysnąć się widokiem kaskad lodowatej wody i tęczy zawieszonej w parze wody oświetlonej blaskiem wieczornego słońca.








Tego dnia spaliśmy w miejscowości Fljotsdalur. Hostel, czyli blaszana chatka z porośniętym trawą dachem, znajdował się na na jednej ze ścian jaskrawozielonego wąwozu. Wąwóz obfitował w wodospady cieknące po mszystych zboczach, a u podnóża płynęła rwista rzeka. Na miejsce dotarliśmy bardzo późno, błądząc i przeprawiając się przez szutrowe drogi. Ani zmęczenie ani wiadomość o braku łazienki z bieżącą wodą nie potrafiły zaćmić wrażeń wywołanych tym widokiem.
Najbardziej zszokowana byłam, kiedy właściciel hostelu powiadomił nas o śmiertelnym wypadku, który wydarzył się dokładnie tego samego dnia w tym miejscu. Dwie kobiety utonęły w wodach rzeki, ciała jednej z nich szukano jeszcze wtedy kiedy my dojechaliśmy na miejsce. W tym momencie dogłębnie odczułam zdradliwość i przeraźliwe okrucieństwo tej pięknej jak z obrazka krainy.








Wulkan Hekla
Widok z okna hostelu

1 komentarz:

  1. "Czy plujący wzwyż wrzątek (...)" jak mogłam przegapić wcześniej to zdanie:) a jednak może! siedzę i oglądam Twoje wpisy z naszej wyprawy i liczę dni do Wiednia:) będzie cudnie:* A teraz trzymam kciuki za egzamin :*

    OdpowiedzUsuń