poniedziałek, 23 czerwca 2014

Reykjavik: błękitna stolica.

Stolica Islandii, Reykjavik, licząca zaledwie 120 tysięcy mieszkańców, może wydawać się z naszego punktu widzenia zapadłą dziurą. Fakt, że nie otrzemy się na każdym rogu o kilkusetletnie, zabytkowe mury, nie za bardzo polepsza jej wizerunek.
Mimo to polecę każdemu turyście, by ze swojej islandzkiej podróży w dzicz, skradł choć jeden dzień dla tej swoistej metropolii.
Tak właśnie. Metropolii.
Islandzka aura momentalnie podbija serce i opanowuje całą duszę, raptem przestawiając tok myślenia na całkiem inne tory. Po czterech dniach podróży, wzrok przyzwyczaił mi się do przedzierającej bezkresną przestrzeń drogi, a jedynymi napotkanymi cywilizacjami były mieścinki poprzedzone upstrzoną w owce zielenią i kończące się na stacji benzynowej i kościele na wzgórzu. Nie umiałam już więc myśleć o Reykjaviku inaczej niż jako o dużym mieście.






Centrum miasta to tak naprawdę skupisko blaszanych bud. Tak właśnie wygląda typowy dom w Reykjaviku. Domki nie pozostają jednak smutne i przygnębiające. Wręcz przeciwnie, stanowią one istną ozdobę stolicy i rozweselają ją w pochmurne dni. Większa ich część pokryta jest soczystymi barwami, dominują czerwone, niebieskie i zielone. Znajdą się też białe i szare, ale przeważnie z kolorowym akcentem na oknach bądź drzwiach. Główna ulica handlowa to defilada tych pstrokatych budowli, które mieszczą w sobie klimatyczne knajpki albo świetne designerskie sklepiki z ubraniami i sprzętami użytku domowego.
















Dla mnie Reykjavik pozostanie na zawsze błękitną stolicą. Ten błękit bez najmniejszej skazy jest jak tło obrazu wspaniale zrównoważone poprzez ostro zarysowane kontury kolorowej zabudowy.
Rześkie, mroźne powietrze i zdrowy klimat miasta czynią tą najdalej wysuniętą na północ stolicę świata niezwykle lekką i przyjemną w odbiorze. Miasto jest w stu procentach ogrzewane naturalnymi zasobami geotermalnymi, co eliminuje zanieczyszczenia i powoduje, że samo oddychanie sprawia tam radość i przynosi poczucie świeżości.
Krajobraz naturalny ciągnął się za nami na każdym kroku, przypominając nam, że jesteśmy już na Islandii. Obłoki na niebie są na wyciągnięcie ręki, a zatoka z maleńkim portem jest nieodzowną częścią śródmieścia. Za nim rozciąga się widok na pobliskie pasmo górskie Esja. Nawet betonowy ratusz unosi się nad jeziorem Tjörn, będącym siedliskiem dla wielu gatunków ptaków.











Reykjavik nie wyzbył się na szczęście całkowicie atmosfery mikroskopijnej osady, którą był jeszcze przed 2 wojną światową. Obecna jest ona za sprawą nieśpiesznego trybu życia mieszkańców, którzy nawet w przedpołudniowych godzinach dnia powszedniego znajdują czas na filiżankę kawy, bądź leniwy spacer. Najciekawszą obserwacją okazują się jednak wieczorne eskapady Reykjaviczan, którzy to wsiadają za kierownicę swoich pojazdów, by następnie jeżdżąc w kółko tworzć sztuczny korek na głównej ulicy miasta. Czytałam o tym zjawisku na długo przed przyjazdem do kraju, jednak dopóki nie przyszło mi zobaczyć tego na własne oczy, sącząc islandzkie piwo w pobliskim lokalu, szczerze w to wątpiłam. Samochody i ich pasażerowie powtarzali się co kilkanaście minut, w większości aut wszystkie miejsca były zajęte, szyby opuszczone, a z nich na ulicę wylewała się muzyka. Podobno Islandczycy robią to, by pochwalić się swoim motoryzacyjnym dobytkiem. Z moich obserwacji wynika jednak, że znajdują w tym obrządku ogromną uciechę.







Ponieważ ilość zabytków w Reykjaviku jest znikoma, jesteśmy w stanie w szybkim tempie się z nimi zaznajomić. Na szczególną uwagę zasługuje nowo powstały budynek Opery Harpa, który w krótkim czasie stał się symbolem stolicy. Nie bezpodstawnie. Ten wyglądający jak zlepiony z płatów szkła ul robi naprawdę duże wrażenie. Nie do pominięcia jest także wyglądający jak ekspozyt skansenu gmach rządu, wspomniany ratusz nad jeziorem oraz Perła, czyli zespól zbiorników na gorącą wodę. Nad miastem króluje sporych rozmiarów kościół, który warto jest odwiedzić chociażby ze względu na wieżę widokową, z której roztacza się panorama na kolorową okolicę. Niestety nie udało nam się zahaczyć o targ, czynny jedynie w niedzielę, gdzie mielibyśmy okazję spróbować miejscowego specjału, czyli mięsa gnijącego rekina.












Mniej optymistycznym akcentem, który również łączymy ze stolicą, jest nasz nocleg, znaleziony za pomocą portalu Airbnb. Islandia nie należy do tanich krajów, dlatego kiedy udało nam się znaleźć lokum w przystępnej cenie, zarezerwowaliśmy go bez zastanowienia.
Jeszcze przed przylotem nastąpiła wymiana dziwnych maili, w których to właścicielka najpierw polecała nam odwołanie rezerwacji, ponieważ jej goście zwykli narzekać na bałagan, panujący w domu, a następnie żądała dodatkowej opłaty za nocleg.
Ten typowy blaszany domek wygrał nasz prywatny konkurs na najbardziej obrzydliwy nocleg ze wszystkich naszych podróży. Jedynie chorwackie robactwo mogłoby z nim konkurować. Ten dom, który nigdy nie był zamykany, nawet jeżeli nie było w nim domowników, w którym zamiast drzwi były zasłony, gdzie cała łazienka zawalona była brudnym praniem, wzbudzał we mnie nie tylko obrzydzenie, ale także obawę, że niedługo się rozpadnie, zostawiając nach w swoich czeluściach.
Przebywając tam stale miałam w pamięci kadry z filmu 101 Reykjavik, gdzie główny bohater, mieszkając w blaszanym domku i kąpiąc się we własnej kanapie, również miał skłonności do bałaganienia (film gorąco polecam!)

Na sam koniec, chciałam wspomnieć o półwyspie Reykjanes, na którym położony jest Reykjavik i który oglądaliśmy dnia następnego. Chociaż nie można zaprzeczyć jego ładnym krajobrazom, to wypada słabo na tle reszty kraju. Jedyną ciekawą rzeczą, poza ośrodkiem spa Blue Lagoon, jest Midpoint, czyli miejsce, gdzie spotyka się eurazjatycka i północnoamerykańska płyta tektoniczna. Tym sposobem, w szybkim tempie można znaleźć się na innym kontynencie, nie sądzę jednak żeby to doświadczenie warte było straty czasu.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz