sobota, 17 maja 2014

Słoneczny Tyrol

W dni takie jak dziś, kiedy deszcz nieustannie i konsekwentnie bez chwili przerwy godzinami spada z nieba, nie potrafię przypomnieć sobie o istnienu słońca. Pochmurna aura ciągnąca się kika dni, zawsze, przenika moją świadomość, wypierając wspomnienie wiosennych ciepłych dni.
O tak. Do pogody przyzwyczajam się z niebywałą jak dla mnie prędkością. Kompletnie brak mi w tej kwestii wyobraźni. Nawet mając przed sobą niezbite fakty prognoz pogody, nie dam rady sobie wmówić, że w innej części globu są odmienne warunki atmosferyczne. Mój ośli upór bardzo nierzadko jest opłakany w skutki. W podróże często wybieram się źle spakowana, marznąc niemiłosiernie bądź pocąc się nadmiernie.









Mój nowy, deszczowy obraz świata, spotęgowany jest powolnymi planami, nadchodzącej islandzkiej podrózy. Przeglądam przewodniki, czytam relacje innych podróżników, oglądam zdjęcia. I wszędzie tam, wątkiem wybijającym się na plan pierwszy jest kapryśna islandzka pogoda, okrutnie rządząca losami turystów pragnących zobaczyć lodowce w blasku słońca. Ale nie. Wszędzie jest deszcz, wiatr i mróz. Deszcz wypływa z relacji i zalewa zdjęcia, podtapiając mnie nawet w Wiedniu.




Myślę, że dzisiejszy dzień zadedykuję tyrolskiej białej zabawie, i afirmacji alpejskiego słońca.
Post już dawno zaplanowany, wciąż przekładany, zrealizowany w idealny na te wspomnienia dzień.
Patrząc na zdjęcia, ciężko mi uwierzyć, że ten upalny tydzień miał miejsce w środku zimy, a jeszcze trudniej uwierzyć kalendarzowi, że w chwili kiedy nieszczelne okna kolejny raz dają znać o sobie, jest już maj.







Na narty wybraliśmy się po kilkuletniej przerwie. Poprzednim razem szusowaliśmy we włoskich Dolomitach. Tym razem, wybór padł na Austrię i to w dodatku na najpopularniejszy narciarski rejon, którym jest Tyrol. Nigdy wcześniej nie byłam na nartach w prawdziwych austriackich górach, dlatego mogę jedynie porównywać z Włochami. W tej potyczce, o wiele lepiej wypadają włoskie stoki, mimo, że w niższych górach, ale swą obfitością i różnorodnością powalają z nóg. W tym roku na to liczyć nie mogliśmy, ponieważ zdecydowaliśmy się na lodowiec, swą wysokością niemalże graniczący z niebem, ograniczony niestety w ilości tras. Pod koniec wyjazdu, w Austrii znałam każdy pagórek na pamięć, we Włoszech nie zdarzyło mi się jechać dwa razy tą samą trasą. Niemalże jednak, tym razem, zażyłam białej zabawy w ogromnych ilościach i wyjeździłam się za wszystkie zaległe lata.





Nasza grupa obejmowała 10 osób co zawsze dawało możliwość na podzielenie się w mniejsze grupki pod względem umiejętności, ochoty, bądź zmęczenia.
Ponieważ mieszkaliśmy pod samym przystankiem, na stok zawsze jechaliśmy Skibusem, zaczynając każdy dzień od ścisku i marudzenia, wiecznie niezadowolonych Niemców. Naszą podróż na stok kontynuowaliśmy przesiadką do tak zwanego kreta, który w ciągu 8 minut, przebijając sie przez górskie skały, wywoził nas o 1000 metrów wyżej. Tutaj następował marudzenia Niemców ciąg dalszy, poprzedzony biegami na zasadzie "kto pierwszy" w butach narciarskich do kolejki, żeby podczas kilkuminutowego przejazdu, zająć jedno z kilku dostepnych miejsc siedzących. Nie naśmiewam się, sama brałam aktywny udział w tych biegach, niejednokrotnie wygrywając miejsce siedzące :)










Dotarłszy, na wysokść prawie 3 tysięcy metrów, wskakiwaliśmy na narty i nie schodziliśmy z nich przez kolejne parę godzin.
Co tu dużo mowić, zostawiam Was ze zdjęciami. A sama wychodzę zmierzyć się z wiedeńską pogodą.

Wejście do wnętrza lodowca

Wnętrze lodowca.















1 komentarz:

  1. widoki są fantastyczne! pogoda bajeczna, ale mnie najbardziej urzekły te "poduchy" do siedzenia na stoku! Fanstastyczna sprawa! Zawsze zamieram z przerazenia gdy widze ludzi siadajacych tyłkiem na sniegu! Mam przed soba od razu wizje przewlekłego chorowania na pęcherz! A Z Islandią nie psiocz! Zobaczysz pogada będzie urocza, Skandynawia mnie lubi:) Liczę więc na kolejny łut szczęścia! PS. Hunterki jednak zabieramy z sobą, tak na wszelki wypadek:)

    OdpowiedzUsuń