niedziela, 6 kwietnia 2014

Zapomniana Austria, Innsbruck

Długi czas mieszkałam w Wiedniu: oderwanej od reszty państwa enklawie stworzonej w mojej głowie. Po czterech latach zaczęłam dopuszczać do świadomości geograficzne położenie mojego miasta i odczułam małe wyrzuty sumienia z powodu tej totalnej ignorancji w stosunku do reszty kraju. Myśl dogłębnejszego poznania kiełkowała w mojej głowie wypychając przyzwyczajenie do utożsamiania Austrii wyłącznie z Wiedniem, który mimo swojego całego uroku i czaru nie jest prawidłowym odzwierciedleniem całego państwa.
Wymówek miałam zawsze miliony, a nadarzających się okazji nie chciało mi się wykorzystywać. Tym sposobem, uskarżając się wiecznie na chroniczny brak czasu, odpowiedniego przewodnika albo ciekawsze bądź bliższe sercu destynacje, sukcesywnie olewałam Austrię.
Przyczyną mojego wewnętrznego konfliktu był zapewne wyimaginowany problem identyfikacyjny migranta, powodujący zaburzenia stosunków na lini ja-Austria. Nie jestem tutaj przecież ani rodowitą obywatelką ani przelotnym turystą, łatwiej było mi oswoić się z jednym miastem i pozostawać w strachu przed tym, czy reszta kraju okaże mi tyle dobra co jego stolica. Jakiś czas nosiłam się z zamiarem położenia kresu tym niedorzecznym przemyśleniom.
Do szybszego niż myślałam przełamania lodów zmusiła mnie wakacyjna praca dorywcza. Wykonująć ankiety w podwiedeńskiej komunikacji miejskiej nie dość, że musiałam wyjechać poza granice miasta, to na dodatek dostałam bilet na miesiąc upoważniający mnie do podróżowania za darmo po dwóch austriackich krajach związkowych: Dolnej Austrii i Burgenlandu. Co prawda, nie udało mi się zobaczyć wtedy tyle ile planowałąm, ale wydarzenie to dało początek zaznajamiania się z Austrią.

Planując marcowy wyjazd na narty do austriackich Alp, wiedziałam, że tym razem jadąc przez prawie cały kraj, nie przepuszczę okazji na obejrzenie czegoś nowego. Wybór padł na stolicę Tyrolu: Innsbruck.
To otulone górami miasto w dnie doliny urzekło mnie bez reszty i jako pierwsze przyczyniło się do tego, że mówiąć Austria mam w głowie więcej niż tylko Wiedeń.








Pomimo zapowiedzi o deszczowej pogodzie równocześnie z naszym przyjazdem, do miasta zajrzały pierwsze promienie słoneczne, które towarzyszyły nam już do końca dnia, wzmacniając tym nasze doznania poznawcze.

Spacer po mieście zaczeliśmy w dość nietypowy sposób, poszukując supermarketu, gdzie moglibyśmy zaopatrzyć się na kolejne dni w niemalże odciętej od nowoczesnej cywilizacji tyrolskiej wiosce. Pomimo przeciętności, a czasem nawet i szkaradztwa mijanych kamienic i komunalnych bloków, Innsbruck już wtedy rzucił na mnie magiczne zaklęcie. Nie musiałam zobaczyć najpiękniejszej jego części, czyli starówki, żeby dać się zaczarować drapieżnym, ośnieżonym pasmom górskim, zakleszczającym miasto z każdej strony i śledzącym nas na każdym kroku.





Błądząc po omacku udalo nam się dotrzeć pod zamek cesarski, skąd już tylko brama dzieliła nas od świata krętych, wąskich, średniowiecznych uliczek. Ciężko było "napatrzyć" się na zapas na piękno, a wręcz przesyt zdobnych kamienic i wypukłych kruszganków.












Niezaprzeczalnie, największą atrakcją turystyczną jest znajdujący się w centrum miasta "Złoty Dach" czyli loża z pozłacanym, miedźanym dachem. Służyła ona dworowi do oglądania odbywających się w mieście festynów ludowych oraz jest symbolem złotego okresu Innsbrucka za panowania cesarza Maximiliana I. Podążając dalej docieramy do turkusowej rzeki Inn, nad brzegiem której, u stóp szczytów górkich, osiedlił się rząd kolorowych kamienic.







Wdrapujemy się na miejską wieżę, skąd po raz kolejny oślepia nas złoto dachu loży i spogląda na nas znana skocznia Bergisel - częste miejsce zimowych igrzysk sportowych, ktróremu Innsbruck zawdzięcza swoją popularność.






Powoli żegnam się z tym magicznym miastem podążąjąc reprezentacujną ulicą Marii Teresy w kierunku auta. Musimy przecież przed zmrokiem zdążyć dotrzeć do naszej górskiej mieściny, żeby nie narażać się niepotrzebnie wąskim i stromym serpentynom. Jednak podobnie jak w samym mieście błądzimy również probójąc je opóścić, chcąc oddalić się, niefortunnie trafiamy na trasę, która ponownie konfrontuje nas z pięknem gór w całęj ich okazałości. Widocznie miasto rzeczywiście przyciąga jak magnez.




Ten przypadek wykorzystujemy do szybkiej przechadzki po cesarskim ogrodzie Hofgarten, na który już nie miało być czasu. Hofgarten służył ówcześnie jako ogród warzywny dla dworu. Obenie jest miejscem gdzie trawa jest bardziej zielona niż to możliwe, a niesmowicie źeśkie powietrze powoduje odmienny od miasta mikroklimat. Oczywiście dopełnieniem obrazku jest powalający widok na góry, który nie przeszkadza niewzruszonym już mieszkańcom do kilkugodzinnej koncentracji nad grą w szachy.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz