sobota, 20 lipca 2013

Ermitaż

Chyba nikogo to nie zdziwi jeżeli napiszę, że Ermitaż jest wielki.
Ale mimo wszystko napiszę to, i to niejednokrotnie.
Ermitaż jest ogromny, ogromy, ogromny!
Ta oczywista oczywistość staje się dopiero wtedy jasna i namacalna, kiedy stajesz przed tym gmachem zastanawiając się gdzie jest początek, a gdzie koniec, kiedy tego końca na darmo szukasz za rogiem i kiedy niemalże płaczesz od bólu nóg chociaż wcale nie zobaczyłeś wszystkiego i nie pojawiłeś się dwukrotnie w tym samym miejscu.
Ta percepcja pozwala zrozumieć co to znaczy ogromy, wbić w ziemie i zrobić odpowiednie, niezapomniane wrażenie.


piątek, 19 lipca 2013

Prospekt Newski

Naszą przygodę z Petersburgiem zaczynamy spacerując jego główną, najdłuższą i najważniejszą aleją. Długi na 4,5 kilometra Prospekt Newski przecina lądową część miasta, znajdując swój początek i koniec u brzegów okalającej Petersburg Newy.
Nietrudno zgadnąć, że ulica wręcz obfituje w zabytki, zdobne kamienice, centra handlowe, kawiarnie, restauracje i puby. To niezaprzeczalne serce miasta, w którym konkurują wzajemnie przepych architektury, wiekowej tradycji i kultury z nowoczesnym bogactwem petersburskiego społeczeństwa. To nie tylko główne miejsce spotkań mieszkańców miasta oraz turystów, ale także historii ze współczesnością.


czwartek, 18 lipca 2013

Petersburg

Osiem dni w Petersburgu to na prawdę zaledwie chwila, zważając na liczbę atrakcji turystycznych oraz biorąc pod uwagę odległości między nimi.

Byliśmy tam wystarczająco długo by zobaczyć jedynie troszkę mniej niż planowaliśmy. Biorąc pod uwagę fakt, że musieliśmy zmagać się z kapryśną pogodą, hojnie obdarowującą nas deszczami, lawirować między dniami, w których poszczególne obiekty nie są dostępne dla turystów, oraz stanęliśmy przed ciężkim wyborem tej jedynej matrioszki, to spisaliśmy się na medal.

Jednak stanowczo za krótko, żeby odnaleźć ducha miasta co do obecności którego nie mam najmniejszych wątpliwości. W trakcie tej gonitwy za zabytkami ulotnił nam się również klimat tego miejsca. Podczas 8 dni można stać się jedynie nienasyconym turystą zmuszonym zadowolić się strzępami wyrwanymi z kontekstu, a nie obserwatorem zdolnym zachować w pamięci spójny obraz miasta. 


Z tego chaosu wynikło moje subiektywne, petersburskie Top 5:

I Prospekt Newski
To najdłuższa (4,5 km) i zarazem najważniejsza ulica Petersburga. Nie sposób jej ominąć podczas zwiedzania miasta.





środa, 17 lipca 2013

Tartu

Estonia liczy trochę ponad milion mieszkańców. Tartu jest jej drugim co do wielkości, 100 tysięcznym miastem, w którym aż 1/5 stanowią studenci. Podobno tutejszy uniwersytet jest najlepszym i najpopularniejszym w kraju.
Historia miasta ma polski akcent. Pod koniec XVI w. Tartu znajdowało się przez niedługi czas w polskich rękach. Z tego czasu zachowały się pozostałe do dnia dzisiejszego oficjalne kolory miasta: biały i czerwony.

W Tartu trafiliśmy (za pomocą couchsurfingu) do Otta. Ott jest pochodzącym z Tallina bezgranicznym wielbicielem Tartu. Mimo tego, że ze względów zawodowych jego dni w Taru są policzone to mimo wszystko stara się przedłużyć swój pobyt tam jeszcze chociaż o parę lat. Ott, jak na mieszkańca Tartu przystało, jest oczywiście studentem. Zaopiekował się nami i poświęcił nam cały swój dzień oprowadzając po mieście.
Miasteczko skupia najważniejsze zabytki w samym centrum, którego rozmiary nie są zbyt duże. Obejrzeliśmy główny plac wraz z Ratuszem, gmach uniwersytetu, kościoły i sobory w zaledwie kilkanaście minut.


wtorek, 16 lipca 2013

Cesis

Następnego ranka, w drodze z Siguldy do Tartu, postanowiliśmy zahaczyć o Cesis i zobaczyć co nas ominęło. Spędziliśmy w mieście zaledwie godzinę, jednak to wystarczyło, żeby przekonać się o tym, że Cesis jest o wiele ciekawsze od Siguldy.
Cesis może pochwalić się większą liczbą zabytków, centrum miasta, ciekawszym zamkiem i przyjemnym parkiem z jeziorkiem.
Zdążyliśmy odbyć szybką wycieczkę po ruinach zamku, gdzie trzymając lampiony przeciskaliśmy się na wąskich i ciemnych zamkowych schodach i innych zakamarkach.


Sigulda

Podążając dalej w stronę Petersburga przemierzyliśmy granicę litewsko-łotewską. Na Łotwie zatrzymujemy się w Siguldzie.

Po drodze planowaliśmy zobaczyć XVIII-wieczny pałac Rundale. Niestety pod pałac dojechaliśmy w momencie kiedy zamykał swoje wrota. Szkoda, bo podobno warto. Udało nam się jednak zobaczyć i obfotogfrafować go z zewnątrz, wygląda przepięknie na tle zielonych łąk i błękitnego nieba.


poniedziałek, 15 lipca 2013

Góra Krzyży

Ściślej rzecz biorąc Góra Krzyży nie jest żadną górą, a pagórkiem krzyży. Mimo swoich niewielkich rozmiarów bynajmniej nie rozczarowuje, a nawet wręcz przeciwnie - robi ogromne wrażenie. Wzniesienie jest co prawda niskie, jednak po wdrapaniu się na jego szczyt ciągnie się jeszcze kawałek.



Centrum Europy / Dwór Piłsudskiego w Pikieliszkach

Kwestią sprzeczną jest dokładne ustalenie środka Europy. Zależy to głównie od przeprowadzanych badań, a także dokładnego ustalenia krańców Europy. W ten sposób Europa miała swój środek już w wielu państwach, co nie dziwi mnie wcale, bo kto nie byłby dumny z tego powodu?

Według najnowszych badań Centrum Europy leży kilkanaście kilometrów od Wilna. Będąc przejazdem w okolicach stwierdziliśmy, że tam zajrzymy.

I jak wygląda centrum naszej cywilizowanej Europy?

Jest to kamienny pomnik pośrodku łąk i drzew w okolicach drogi szybkiego ruchu.
Nic specjalnego.
Wyczytałam gdzieś, że na miejscu rozdają przybyłym certyfikaty, jednak my żadnego nie dostaliśmy.


niedziela, 14 lipca 2013

Cmentarz na Rossie

Założona w 1769 roku nekropolia jest niezwykle ważna dla Polaków.
Cmentarz na Rossie to właśnie to magiczne miejsce, gdzie spoczywa serce Piłsudskiego. Tutaj także pochowano wielu innych cenionych przedstawicieli polskiej kultury, sztuki i nauki.

Celowo wyodrębniłam go z opisu Wilna po to, by to wyjątkowe miejsce nie zagubiło się w gmatwaninie wspominanych kościołów, pomników i reszty zabytków.

Dziki i nieco zaniedbany, w niczym nie przypomina pospolitych cmentarzy z równym rzędem wygłaskanych i przyozdobionych nagrobków. Tutaj krzyże porozrzucane są bezładnie na zielonym wzgórzu, kryjąc się często za konarami drzew. Przez swą skromność tak autentyczna, a zarazem majestatyczna nekropolia, która pogrążona w milczeniu wprawia w nastrój zadumy, jest moim priorytetem na liście wileńskich zabytków.


Wilno

Zobaczyłam Wilno w deszczowej aurze oraz słonecznych promieniach, w ciągu dnia i w nocy, będąc o każdej porze i przy każdej pogodzie oporna na uwielbienie, jakim darzyli miasto Mickiewicz i Piłsudski.
Możnaby zapewne wyjaśnić to zjawisko, zważając na fakt krótkiego pobytu, jednak miasto ani nie zachwyca, ani nie zapada w pamięć, mimo faktu, że nie da się nazwać go brzydkim.

Wilno nocą


sobota, 13 lipca 2013

Troki

Kontynuujemy podróże przez Litewskie stolice. Na naszej mapie zawitały dziś Troki: jedna z pierwszych litewskich stolic. Za ich sprawą złe kowieńskie wrażenia popadają w niepamięć, a zwątpienie ustępuje miejsca zauroczeniu.

Troki tо niewielka miejscowość położona na półwyspie otulonym wodami jeziora Galve. Ich symbolem i główną atrakcją turystyczną jest znajdujący się na wyspie zamek. Tej imponującej budowli, wynurzającej się z galvańskich wód, z pewnością nie można odmówić uroku. Jednak świadomość, że zamek jest jedynie pozbawioną autentyczności rekonstrukcją, skłania nas do powierzchownych oględzin zabytku.

Zamek w Trokach

piątek, 12 lipca 2013

Kowno

 Tym razem na pierwszy ogień poszła dawna litewska stolica: Kowno. Zachwalane jako metropolia, w naszych oczach ukazało się jako prowincjonalna dziura, w której nieznanym nam sposobem udało się upchać aż 400 tyś. mieszkańców.
Nie byliśmy jednak rozczarowani tym widokiem. Zmęczeni nieprzespaną nocą oraz kilkunastogodzinną jazdą możemy pozwolić sobie na leniwe wałęsanie się po starówce oraz spacery nad Niemnem bez dręczącej świadomości, że z powodu braku sił i czasu omijają nas wartościowe atrakcje turystyczne.
Odbębniamy przewodnikowe wskazówki tj. zabytkowe kamienice przy głównym deptaku, największy na Litwie ratusz, parę kościołów, zdobny dom Perkuna oraz sobór, który przyjdzie nam oglądać dłuższą chwilę, smakując litewskich przysmaków w sąsiedniej restauracji.

Ratusz

czwartek, 11 lipca 2013

Start !

Tym razem będzie od końca.
5 tygodniowa nieobecność zmusza czasem do ponownego oswajania się z własnym domem.
Tyle czasu spędzonego na realizowaniu własnego ambitnego planu podróżniczego to masa wrażeń, chwil, wspomnień i obrazów.
Tym razem wróciliśmy z wakacji bez leniwych wieczorów.
Tym razem wróciliśmy z wakacji z nieziemskimi blogowymi zaległościami.

W tych następujących dniach wytchnienia, będę segregować myśli, przeglądać zdjęcia, ponownie zaglądać do przewodników i zabieram się za pisanie.

A tymczasem, krótkie podsumowanie całej podróży.


Na podbój państw nadbałtyckich i kawałka Rosji wybraliśmy się w trójkę:

Ja, Jessi i Jarek w Wilnie, Republika Uzupio

środa, 24 kwietnia 2013

Walencja

W czwartym tygodniu kwietnia pasywne nadksiążkowe życie w jednym dniu nabrało zawrotnego tępa. Poniedziałkowy egzamin uwolnił mnie na kilka chwil od dwumiesięcznej tortury nad kręgosłupem i sukcesywnego niszczenia wzroku. W przeciągu kilku godzin przestałam łamać głowę nad rozterkami wspólników spółek kommandytowych i zaczęłam nad piątą parą butów, niepewną hiszpańską pogodą i za ciężkim bagażem.
Zaraz potem przemierzyłam dwie granice drogą lądową by następnie z sałatą i butami w bagażu podręcznym przemierzyć kolejne trzy wysoko nad chmurami. Nietypowo bo na zachód, nietypowo bo nie autem.

Z hiszpańską nieprzezornością przyszło nam borykać się już zaraz po przylocie. Ostatni autobus do centrum Allicante odjeżdża w chwili przylotu ostatniego samolotu, a ogromne lotnisko układa się do snu. Całkiem osamotnione wśród tuzina taksówkarzy zdajemy się na ich słono płatne usługi.
Alicante to jednak, przynajmniej jak na dzień dzisiejszy, nasz cel pośredni. Nocną porą przemierzamy trasę do oddalonej o dwieście kilometrów Walencji.

Potem bylo już tylko gorzej. Środek nocy, opustoszałe miasto, jedna rozładowana komórka, druga znajdująca się poza zasięgiem sieci, brak adresu, brak znajomości hiszpańskiego oraz możliwości porozumienia się w jakim kolwiek innym języku w znacznym stopniu komplikowały naszą sytuację.

Włóczymy się więc jak ćmy i wypukujemy w drzwi pod urojonymi adresami mamione automatycznie otwierającymi drzwiami domofonami. Jak rozsądnie ze strony dwóch kobiet jest budzić o 5 w nocy podejrzanych hiszpanów stojąc bezpośrednio pod ich drzwiami!

Ale, ale.... ostatecznie zakończyło się happy endem: adres znaleziony, łóżko zaścielone, kumulujemy siły podczas parugodzinnego snu na czekające nas zwiedzanie.
Buszując  po dworcowych toaletach w Alicante

Zapoznanie się z miastem zaczynamy od kompleksu Calatravy, czyli Miasteczka Nauki i Sztuki. Droga do tej tak zwanej "dzielnicy przyszłości" wiedzie przez wysuszone koryto rzeki Turii. Zamiast zaskakującej mieszkańców licznymi powodziami Turii powstał ogromny kompleks rekreacyjny ze wspaniałą roślinnością. To pasmo gęsto usiane fontannami, bujnymi krzewami i drzewami pomarańczy szczególnie przypadło mi do gustu.