poniedziałek, 30 lipca 2012

Podsumowanie

Na podróżniczą chorobę nie ma zbyt wielu sposobów. Chyba nie ciężko jest nabrać w przeciągu trzech tygodni dręczących następnie nawyków, które ogarną odprężony umysł paraliżując przywykły rodzaj  działania. Nie ma też nic w tym nadzwyczajnego, kiedy parotygodniowy urlop bierze górę nad codziennym życiem, wytrącając z równowagi, odrealniając i zniechęcając do kontynuacji przyziemnych zadań.
Toteż z całkowitym dla siebie zrozumieniem i współczuciem borykam się i walczę wewnętrznie z porzucaniem własnej powinności i zazdrosnym filtrowaniem blogów podróżniczych oraz snuciem marzeń o nieznanych mi krainach.
Jakże blado wypada statyczne siedzenie nad stertą niedorzecznych książek przy zmieniających się niemalże codziennie widokach, językach, obyczajach, zabytkach oraz morzach!




sobota, 28 lipca 2012

Skopje, dzień dwudziesty drugi


Urok leży w różnorodności. Sztuczne dążenie do odgórnie uznanych kanonów piękna, które strawi każde oko, w architekturze przynosi tandetny skutek odwrotny. Niestety Skopje podąża tą bezcelową drogą, marnując swą energię nie tam gdzie znajduje się jej potencjał.

Pierwsza konfrontacja z miejscową rzeczywistością oczekiwała nas na głównym Placu Makedonija, który całkowicie przyćmiewa nazbyt okazała pomniko-fontanna z Aleksandrem Macedońskim na czubku. Na darmo szukam w przewodnikach i na mapach jakichkolwiek informacji na jej temat. Po dokładniejszych oględzinach stwierdzamy, że budowla musiała stanąć tu zaledwie kilka miesięcy temu.
Macedońskiego otaczają ziejące wodą i strzegące wejścia na schody lwy. U nasady stoją waleczni żołnierze, plumkając się w mieniącej się na wesołe tęczowe kolory parze wodnej. Strumienie na zmianę podskakują to tu, to tam, tworząc tym niemalże taneczną kompozycję.

Rozrywek ciąg dalszy. Tuż za nami pojawia się kilkumiesięczny dumny łuk triumfalny. Zaraz za XV-wiecznym kamiennym mostem rozpościera się nowy gmach muzeum na wzór antycznej świątyni.
Całą drogę prześladują nas także szkaradne pomniczki o nieodgadnionym dla nas przesłaniu, jak na przykład młodej dziewczyny z komórką albo kobiet skaczących do wody.

Przewodnik zachęca do kontynuacji spaceru więc pełni nadziei przechodzimy przez kamienny most do serca miasta: Stara Czarszija. Tutaj jest znacznie ciszej i spokojniej, miasto jest prawie że puste. Nie ukrywam, iż napotkane cerkwie, łaźnia i reszta potureckich zabytków są warte uwagi. Ogół nie sprawia jednak na mnie takiego wrażenia jak sarajewska Bascarsija. Budynki są niezadbane, co jest w dalszym ciągu skutkiem tragicznego trzęsienia ziemi z 1963 roku, a nowe targowisko to blaszane budy wśród walających się śmieci. Zamek zastajemy zabarykadowany, a dokończenie zwiedzania uniemożliwiają nam gościnni mieszkańcy, którzy do późnych godzin wieczornych przetrzymują nas przy herbacie narzekając niezmiernie na politykę państwa i zbyt kosztowny pomnik Aleksandra.

Nie chcę robić antyreklamy dla miasta. Będąc w okolicy z pewnością warto tu wstąpić. Spore wrażenie robi wspomniany już XV-wieczny kamienny most oraz w szczególności budynek starego dworca, upamiętniający straszliwe w skutkach trzęsienie ziemi i z tego powodu celowo pozostawiony w stanie rozkładu. Wskazówki jego zegara zatrzymały się w momencie tragedii. Taki pomnik bije na łeb na szyję całą resztę metalowych, sentymentalnych, pompatycznych wspominek o przeszłości.

To ostatni dzień naszej podróży. Jutro wracamy do domu.

były dworzec

Ochryda, dzień dwudziesty pierwszy


Lata tureckiego panowania oraz obecność najstarszego w Europie jeziora nie zmienią w mojej pamięci wspomnienia Ochrydy, jako miasta cerkwi położonego nad bezkresnym morzem.

Porównanie z morzem to ukłon w stronę ogromu jeziora oraz wynik przyzwyczajeń krajobrazowych z trzytygodniowych wakacji. Cerkwie natomiast wpadną w oko nawet najbardziej niedbałemu podróżnikowi. Świątynie wyglądają na nas zza ukrytych zaułków, witają na horyzoncie, kiedy wspinamy się na pagórki oraz prześwitują poprzez mury twierdzy, stając się powoli coraz bardziej irytującym celem turystycznym  Są pierwszą budowlą, która wita nas w Ochrydzie oraz ostatnią, do której biegniemy tuż przed wyjazdem. Te najważniejsze to Cerkiew św. Zofii oraz symbol Macedonii - cerkiew św. Jovana Kaneo. Po Turkach natomiast ostały się dwa meczety, kuchnia, kultura i naleciałości językowe.

Co czeka na nas w Ochrydzie oprócz sanktuariów religijnych? Twierdza cara Samuela, antyczny teatr oraz XIX-wieczne domy warstw wyższych, w jednym z których obecnie funkcjonuje Muzeum Narodowe.
Miasto jest największym kurortem w okolicy. Oferuje długie spacery nad Jeziorem Ochrydzkim o zmierzchu, gwarne, muzyczne wieczory, smakowite restauracje na wodzie oraz pyszne wino.
W Macedonii Ochryda stanowi zdecydowanie priorytet!



czwartek, 26 lipca 2012

Pantokrator i Palaiokastritsa, dzień dwudziesty


Dzisiaj pojechaliśmy wypatrywać albańskie wybrzeże z najwyższego szczytu na Korfu. Na Pantokrator wiedzie, wygodna dla samochodu, betonowa droga. Chmara zakrętów i strome podjazdy sprawiają nam masę radości, a całość dopełniają wspaniałe widoki. Krajobrazy są kalejdoskopowe: z przyciasnych wiosek (w których można kupić świeżo wytłoczoną oliwę z oliwek 2 razy taniej niż w mieście Korfu oraz rękodzieło z drzew oliwnych) lądujemy na bladozielonych łąkach, spoglądamy w dół przepaści po czym wykręcamy szyje za paroma śmiałkami, którzy odważyli się pokonać odcinek pieszo.
Na samej górze jest już natomiast całkiem przewidywalnie : wspaniałe widoki, bezkresne morze, odległe góry, klasztor, kawiarnia i widoczne z oddali słupy telewizyjne. 

Ostatnią atrakcją turystyczną na Korfu, którą ujrzały nasze oczy, była wietrzna Palaiokastritsa. Kolor wody? Zabójczo cudowny.
Na miejscu, w Pelekas, wyskakujemy jeszcze szybko na tzw. Tron Kajzera, gdzie niczym Wilhelm II rozglądamy się po okolicy. Brak arystokratycznego tytułu i zachodów słońca nieco utrudniają nam wyczucie odpowiedniego klimatu, dlatego nie bawimy tam długo.

Dzisiaj też, po raz ostatni podczas tych wakacji, poczuliśmy smak słonej morskiej wody i powoli zachodzących słonecznych promieni. Czas ten spożytkowaliśmy do granic możliwości. Godzinami bezwładnie poddajemy się srogim falom, na przemian pottapiając się, szurając brzuchem po dnie morskim i rozkoszując się szczęśliwymi momentami, w których udawało nam się zachłysnąć tlenem.


Droga na Pantokrator

środa, 25 lipca 2012

Achilleio, dzień dziewiętnasty


Pobyt na Korfu bez spontanicznych odwiedzin w letniej chatce Sisi nad brzegiem morza jest absolutnie niewskazany.

Narcystyczna Cesarzowo-Królowa wraz z brzaskiem zaczynała tu pielęgnacyjno-maniakalne rytuały kosmetyczne. Pogrążona w smutku i cierpieniu, otulona czernią i wygłodniała w spokoju oddawała się ascetycznym ideom. Wytchnienie od manierycznego, habsburskiego dworu znajdowała w zimnych klasycystycznych murach pośród mitologicznych posągów. W pochmurną atmosferę doskonale wpisywał się umierający Achilles, przywodzący jej na myśl samobójczą śmierć syna.

Nieco optymistyczniej zaakcentowała się w pałacu osoba Wilhelma II, który po śmierci Sisi kupił obiekt. Starego Achillesa wypchnął na tyły zwycięski. Nowy, ogromny, w pozłacanym hełmie zawitał w centralnym punkcie ogrodu.

Budynek kilkukrotnie zmieniał przeznaczenie i właścicieli. Poprzez szpital wojskowy, kasyno, plan filmowy z wszechmocnym Bondem do muzeum.



wtorek, 24 lipca 2012

Miasto Korfu, dzień osiemnasty


Mankamentem magicznych hoteli nad odludnym wybrzeżem jest brak sklepów spożywczych z podstawowym zaopatrzeniem. Nie chcąc być zdanym na monopolistyczne żądania właścicielki z ssącym żołądkiem przemierzamy błyskawicznie wenecką zabudowę Starego Miasta w Korfu. Upatrzona kawiarnia z lokalnymi wypiekami ukrywa się przed nami złośliwie w labiryncie romantycznych uliczek. Dotarłszy na miejsce pierwszy raz w życiu udaje mi się skosztować  czereśniowej baklawy, która wyjątkowo nie jest przeobrzydliwie mdła. Smakuję także owocowy przysmak Korfu, przypominający małe pomarańcze – kumkwat. Roślina została sprowadzona do Europy z Azji w XIX wieku i po dzień dzisiejszy uprawiana jest już jedynie tutaj i na Sycylii. Nasyceni i odrobinę przesłodzeni ruszamy dalej. Zachęceni opisem w przewodniku zmierzamy w kierunku niewielkiego muzeum archeologicznego, kryjącego antyczne skarby. Obdrapany, szary, klockowaty budynek jawi nam się tym okropniej, kiedy nasz wzrok natrafia na pręty, będące ogrodzeniem, z zawieszoną informacją o krótkotrwałej przerwie w pracy. Muzeum zaprasza ponownie już w 2015 roku!!! Ponieważ znajdujemy się poza centrum, wybieramy się na pobliski cmentarz angielski. Sąsiedztwo lasu dodaje temu miejscu ostatniego spoczynku odpowiednio mroczną aurę. Dzikie orchidee, fuksje, lilie i paprocie czynią cmentarz ciekawym także pod względem botanicznym. Żegnani przez stróża opuszczamy cmentarne bramy i udajemy się z powrotem w kierunku centrum. Przy okazji mamy sposobność przyjrzeć się dokładniej małym kamieniczkom o piaskowym kolorze, wyrastającym wzdłuż wąskich uliczek, i dotrzeć do kameralnego placu z marmurowym gmachem Ratusza. Wokoło wyraźnie odczuwalna jest ekskluzywna elegancja architektury europejskich kolonizatorów. Stara Twierdza (Palaio Frourio) jest jedną z kolejnych pamiątek po zdobywcach wyspy. Wspinamy się na sam szczyt, gdzie silny wiatr bezkarnie czochra nam włosy. Na Twierdzę Nową, w rzeczywistości młodszą zaledwie o kilkadziesiąt lat od swojej poprzedniczki, nie starcza nam już czasu. Zanim ponownie zanurzymy się w wir uroczej weneckiej zabudowy serca miasta - Campiello, natrafiamy na klasycystyczny obiekt spuścizny czasów panowania brytyjskiego w postaci Pałacu św. św. Michała i Jerzego. Obecnie mieści się tutaj kolekcja sztuki azjatyckiej. Ostatnim zabytkiem na naszej liście jest bezsprzecznie najważniejszy na wyspie niewielki kościół św. Spirydiona, pochodzącego z Cypru duchownego, który stał się patronem Korfu. Jego ciało spoczywa w srebrnej, bogato zdobionej trumnie, otwieranej parę razy do roku.
Wraz z popołudniowym słońcem znikamy z miasta, żeby zdążyć zażyć wieczornej orzeźwiającej kąpieli w spienionym, słonym morzu.


The new citadel

poniedziałek, 23 lipca 2012

Przybycie na Korfu, dzień siedemnasty


Żegnamy się z Albanią, a Albania żegna się z nami. Tuż przed grecką granicą auto skacze po raz ostatni na wyboistej drodze.
W kryzysowej Grecji czekają na nas europejskie ceny, sztuczne lemoniady i wszechobecny angielski. Zaczynam czuć smutek kończących się wakacji.
Na Korfu można dostać się także promem z Sarandy, jednak dogodniejszą i tańszą wersją jest ten z greckiej Igumentisty. Na miejscu dowiadujemy się, że zamiast do miasta Korfu dopłyniemy do Lefkimi. Kartkuję szybko przewodnik w poszukiwaniu ciekawych miejsc na trasie do hostelu. Wybór pada na utworzone przez wenecjan słodkowodne jezioro.
Widok nieco nas rozczarowuje, za to zachwyca obrana trasa poprzez gaje oliwne.
Przed nami kolejna niespodzianka. Przypadkowo wybrany hostel na obrzeżach wioski Pelekas okazuje się być rajem nad samym brzegiem morza. Mieszkamy w Jurasik Parku. Brak dinozaurów tylko nieznacznie przywraca nas do rzeczywistości. Bujna roślinność, góry, piaszczysta plaża i fale rodem z morza bałtyckiego.
Korfu jest piękne. To nie mit.



niedziela, 22 lipca 2012

Gjirokaster, dzień szesnasty


Upał Gjirokastry przekonuje nas do poruszania się po mieście samochodem.
Docierając na miejsce próbujemy zdobyć twierdzę, jednak nie udaje nam się odnaleźć właściwej drogi. Przechadzamy się więc uliczkami zabytkowej starówki. Oglądamy z bliska kamienne domy pokryte szarymi łupkami. To właśnie z ich powodu Gjirokastra określana jest mianem miasta srebrnych dachów wpisanym na listę UNESCO. Mijamy meczet z XVII wieku, a następnie udajemy się na małą, okrągłą platformę widokową, skąd rozpościera się widok na całe miasto-muzeum.
Nieznośna pogoda zagania nas z powrotem do auta. Gjirokastra oprócz zabytkowego centrum wartego uwagi kryje parę perełek rozproszonych w różnych punktach miasta. Wszędzie da się jednak w mniej lub bardziej dogodnych warunkach przecisnąć autem.
Odwiedzamy dom Kadare, słynnego, współczesnego albańskiego pisarza. Pomocni mieszkańcy wskazują nam poszukiwany cel, który nie jest oznaczony żadną tabliczką informacyjną. Następnie przemieszczamy się pod Muzeum Etnograficzne, będące zarazem miejscem urodzenia albańskiego dyktatora. W czasach komunizmu mieściło się tutaj Muzeum Walki i Rewolucji poświęcone głównie osobie Hodży. Dzisiaj można zobaczyć tutaj wnętrze staroalbańśkiego domu zamożnej rodziny, przedstawiające przedmioty codziennego użytku. Kolejny, jeszcze bardziej okazały zabytek tego typu, znajdujący się na naszej trasie, to będący doskonałym przykładem budownictwa albańskiego dom Zekate. Wygląda jak malutka górska chatka, usytuowana na czubku kolosalnej wieży. Z góry woła nas zapraszająco właściciel. Po przeprawieniu się przez jego ogródek dostajemy się do zabytku. Tam też oczekuje nas karteczka zawiadamiająca o płatnym wstępie. Zacieniony dom na kilkadziesiąt minut mamy na wyłączność.
Twierdzę pozostawiamy sobie na sam koniec. Nie jesteśmy jedynymi, którzy wdrapują się tam za pomocą koni mechanicznych: na brukowej drodze wymijają się taksówki pełne turystów. Wewnątrz wita nas rajski chłód masywnych murów. Ciemny korytarz, mieszczący wystawę broni ciężkiej głównie z czasów II wojny światowej, wiedzie na rozżarzony słońcem dziedziniec. Z jego tarasów oglądamy panoramę miasta. Tutaj znajduje się również amerykański samolot wojskowy, który w 1957 roku znalazł się na terytorium Albanii i został zmuszony do lądowania. We wschodniej części twierdzy oprócz ruin widnieje turecka wieża zegarowa.
Wracając do Sarandy próbujmy odnaleźć w górskich serpentynach zjazd do Niebieskiego Oka: podwodnego źródła wybijającego z głębokości 45 metrów pod ziemią. Krążymy tam i z powrotem w okolicach Bystrzycy pytając się każdego napotkanego tubylca o wskazanie drogi. Ostatecznie okazuje się, że zjazd oznaczony jest jedynie albańską nazwą: Syri i Kälter, która nie była nam wcześniej znana. Strumyk otoczony jest zielonym gajem. Krystalicznie czysta, lodowata woda ma zielonkawy odcień, który w obrębie źródła przybiera błękitny kolor. Całośc wzygląda jak wykafelkowana na niebiesiesko okrągła dziura posrodku górskiego strumyka. Z pewością to unikatowe piękno było przyczyną udostępnienia go w czasach komunizmu jedynie zmyslom elity partyjnej.


Old Town in Gjirokaster

sobota, 21 lipca 2012

Plaża Szpela i Saranda, dzień piętnasty


Gorzkie parzone zielska o brązowym kolorze to smak naszych poranków. Wiele przedpołudniowych godzin spędzonych na zacienionych liśćmi winogron drewnianych ławkach. Taras naszego wietrznego, położonego na wzgórzu hotelu był miejscem tak przyjemnym, że każdego dnia ciężko nam było zebrać się do wyjścia. Przy okazji mieliśmy możliwość obserwacji codziennego życia albańsko-greckiej rodziny.
Dzisiaj przez większość dnia towarzyszyło nam błękitne morze jońskie. Mała przerwa od zabytków. Na miejsce plażowania wybraliśmy znajdującą się w pobliżu Sarandy plażę Shpela w miejscowości Libohova. Wybrzeże rozciąga się na długim odcinku, a kolor wody jest niepowtarzalny.
Wróciwszy do Sarandy wybieramy się na twierdzę, skąd podziwiając zachodzące słońce mamy widok na całą okolicę.
Znajduje się tutaj bardzo lubiana przez tubylców restauracja.
Dzień kończymy spacerem po deptaku, dochodząc do ruin szóstowiecznej synagogi.


Nasz hotel

piątek, 20 lipca 2012

Butrinti i Ksamil, dzień czternasty


Butrinti, które w 1992 roku zostało wpisane na listę UNESCO, jest jednym z najcenniejszych zabytków Albanii. Są to największe poza Grecją i Włochami pozostałości antycznego miasta.
Przewodniki straszą jeszcze i ostrzegają przed straszną, 20-sto kilometrową drogą, wiodącą z Sarandy do Butrinti. Obecnie jezdnia jest nowo wyremontowana.
Butrinti znajduje się na półwyspie, nie jest jednak opisane żadnym znakiem. Wejście znajduje się naprzeciwko parkingu tuż przed odprawą promową, nie trzeba więc przeprawiać się przez rzekę. My popełniliśmy ten błąd, co zaskutkowało stratą czasu i możliwością obejrzenia z zewnątrz zamkniętej twierdzy, która i tak doskonale było widać z drugiego brzegu.
Wstęp na teren Butrinti wynosi 700 Leków, dla studentów 500 Leków. Przy wejściu najlepiej upomnieć się o mapkę obiektu, jest ona bardzo pomocna przy zwiedzaniu.
Butrinti powstało w VI w. p. n. e. Miastem władali kolejno Grecy, Rzymianie, Bizancjum. Następnie podupadło na znaczeniu, po czym znalazło się w posiadaniu Wenecjan.

Kompleks Butrinti zajmuje 86 km² obejmując 14 obiektów. Otoczony jeziorem Butrinti oraz kanałem Korfu, zalesiony półwysep stwarza niesamowitą atmosferę. Mimo sporej popularności miejsca zwiedzających jest bardzo mało, co potęguje wrażenia z oglądanych w samotności i spokoju antycznych zabytków. Trzygodzinny spacer zaczynamy spod XVI-wiecznej wieży weneckiej. Dochodzimy do rozległego kompleksu, obejmującego świątynie Asklepiosa oraz amfiteatr z III wieku p. n. e. Na prawo znajduje się dawna agora, przemieniona przez Rzymian w forum romanum. Wyżej znajduje się zamek wenecki z okresu od XIV do XVI wieku. W podziemiach mieści się muzeum przedstawiające historię Butrinti. Nas zastały zamknięte drzwi, jednak po cierpliwym odczekaniu paru minut pojawił się strażnik z kluczem. Przechodząc przez lwią oraz morską bramę trafiamy ostatecznie do ruin bazyliki chrześcijańskiej z VI wieku. Zwiedzanie kończymy przechodząc przez baptysterium oraz ruiny rzymskiej willi z V wieku.
Na zakończenie dnia odprężamy się wylegując się na plaży Ksamil i zażywając kąpieli w morzu jońskim w towarzystwie zachodzącego słońca.


Ferry

czwartek, 19 lipca 2012

Droga do Sarandy i Saranda, dzień dwunasty i trzynasty


Za nami dwa spokojne dni. Środa to powolne opuszczanie naszego zabytkowego hostelu w towarzystwie przesłodzonej herbaty oraz godziny spędzone w aucie na górskich serpentynach nad przepaściami.
Do Sarandy można dojechać na dwa sposoby: częściowo autostradą z Fieru na Gjirokastrę albo kierując się w Fierze na Vlorę wzdłuż wybrzeża. My celowo wybraliśmy drugi wariant. Wyjeżdżając z Beratu przemordowaliśmy się drogą szutrową na skróty, która nadawała się dla terenówki, a nie przeładowanego minivana. Tym sposobem dotarliśmy za Fier. Stamtąd aż do samej Sarandy nawierzchnia jest dosyć dobra. Trasa wzdłuż wybrzeża jest bardzo trudna, ponieważ wiedzie przez góry, jednak warta wysiłku. Widoki są zarazem przerażające i piękne: stroma, kręta droga zawieszona nad lazurowym morzem jońskim.
Po drodze mijamy sporo bunkrów. To pamiątka po dyktatorze Hodży. Po zerwaniu kontaktów z Jugosławią, ZSRR i Chinami oraz odizolowaniu kraju od reszty świata, maniakalny władca w obawie przed atakiem z każdej strony postanowił wybudować 600 tys. bunkrów rozsianych po całym kraju, które teraz są głównie zamieszkane przez nietoperze. Jeden bunkier przypadał na około czterech obywateli. Hodża sprawdził ich skuteczność, każąc ostrzelać uwięzionego w środku architekta. Burzenie bunkrów to obecnie działalność zarobkowa, ponieważ dochód z gruzu małego bunkra to 300 euro, a z dużego nawet do 10.000 euro!
Co jeszcze przykuwa uwagę w trakcie podróży przez kraj? Pluszowe misie, przytwierdzone do szkieletów powstających budynków. Po upadku wyjątkowo srogiego komunizmu albańskiego, ludzie nie tylko powrócili do praktyk religijnych, ale także do wiary w zabobony. Maskotki mają odstraszać złe siły i uchronić przed klęską. Albania powoli staje na nogi, jednak luksusowe hotele nie są w stanie zatuszować faktów: kraj jest drugim po Mołdawii z najbiedniejszych w Europie. Zła sytuacja ekonomiczna jest powodem tych rytuałów. Domownicy przed złem świata są chronieni nie tylko przez pluszaki. Lalki, czosnek, baranie rogi oraz flagi są również modnymi strażnikami.
Do Sarandy dojeżdżamy wieczorem. Noclegu musimy szukać na miejscu. Nie jest to szczególnie trudne. Na samym wjeździe do miasta zatrzymuje nas nasz przyszły gospodarz. Mieszkamy w ładnym, czystym domu z ogrodem, niestety dosyć daleko od centrum.
Następnego dnia oswajamy się z nowym otoczeniem. Postanowiliśmy zatrzymać się tu na pięć dni, więc nigdzie nam się nie śpieszy. Popołudniu udaje nam się wygrzebać na plażę. Saranda to główny kurort Albanii. Bezpośrednio nad morzem znajduje się deptak, a przy nim jak grzyby po deszczu wyrastają ogromne hotele. Plaże są niewielkie, głównie żwirowe, jednak morze jońskie zasługuje na pochwałę. Woda jest niemalże przeźroczysta, bardzo czysta i ma wspaniały kolor. Klimat też jest znośny. W trakcie dnia powiewa zimny wiatr, a wieczorem pomaga przynoszący ulgę chłód.


Way to Fier

wtorek, 17 lipca 2012

Berat, dzień jedenasty


Mimo wszystko Albania może także poszczycić się nie lada zabytkami. W regionie południowym zatrzymujemy się w Beracie. Nasz hostel to XVII-wieczny budynek, który za czasów panowania ostatniego króla Albanii Zogu I służył ministrowi spraw wewnętrznych. Dom wykonany jest w większości z drewna, a przed upałem chronią grube mury.
Wjazd do miasta nie jest imponujący, lecz szybko naszym oczom ukazuje się rozłożona po dwóch stronach rzeki Osum część historyczna: Gorica i Mangalem, z białymi domami o brązowych okiennicach, przycupniętymi na stromym zboczu górskim. To właśnie dzięki nim Berat, nazywany miastem tysiąca okien, wpisany jest na listę UNESCO.
Zwiedzanie zaczynamy od wspięcia się śliską drogą do królującej nad całym miastem twierdzy i starówki, nazywanej Kalaja. Po drodze mijamy dwa meczety: Kawalerów i Królewski oraz muzeum etnograficzne, mieszczące się w staroalbańskim domu. Wstęp na teren twierdzy kosztuje 100 leków (0,75 euro). Obszar otoczony jest murami miejskimi, a w środku znajdują się fragmenty historycznej zabudowy, pochodzącej z czasów od iliryjskich do tureckich. Domy są do dzisiaj zamieszkane. Odbywamy przechadzkę ulicami starówki. Radzę patrzeć pod nogi: co pewien czas mijamy wielką dziurę, będącą studzienką kanalizacyjną bez przykrycia. Na naszej drodze znajduje się cerkiew św. Teodora, w połowie ukryta pod ziemią, następnie Muzeum Onufriego, XVI-wiecznego malarza ikon, mieszczące się w dawnej cerkwi Matki Bożej, do którego na chwilę udaje nam się wstąpić. Wstęp kosztuje 200 leków (1,50 euro). Dochodzimy do ceglano-kamiennej cerkwi św. Trójcy z przełomu XIII i XIV wieku, która jest wręcz przyklejona do murów tureckiej cytadeli. W drodze powrotnej mijamy biały i czerwony meczet, z którego ostał się już tylko minaret.
Kiedy schodzimy na dół jest już ciemno. Nasza droga do hostelu wiedzie przez wąskie uliczki pomiędzy oświetlonymi domami dzielnic Magelem i Gorica.


View of Mangalem

poniedziałek, 16 lipca 2012

Tirana, dzień dziewiąty i dziesiąty


Wczorajszy dzień minął nie dostarczając nam zbyt wielu wrażeń. Z Kotoru udało nam się wyjechać dopiero o 14.00. Do Tirany mieliśmy zaledwie 200 kilometrów, jednak wlekliśmy się tam prawie 6 godzin.

I w końcu dotarliśmy! Jesteśmy w Albanii, na którą czekałam od roku. Pierwsze spostrzeżenia? Rzeczywiście znajduje się tu pełno niewykończonych domów, których tylko parter jest zamieszkały, a góra stoi w stanie surowym, albo takich, które straszą samymi szkieletami rozpoczętych przed latami prac budowlanych. Rzeczywiście śmieci walają się gdzie popadnie: na wsiach przed gospodarstwami, na przedmieściach Tirany, w rowach przy autostradzie albo obok śmietników zamiast w nich samych. Rzeczywiście roi się tu od małych nagrobków albo krzyży przy drodze, a kierowcy jeżdżą z takim temperamentem, jak ci ze Stambułu. Jeszcze przed Tiraną zatrzymujemy się na autostradzie w małym korku spowodowanym (sądząc po stanie auta), być może, śmiertelnym wypadkiem. Z dwóch pasów robią się nagle cztery, a kierowcy przepychają się trąbiąc na siebie wzajemnie. Jestem też przekonana, że niebawem zobaczę sławetne bunkry, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Dzień kończymy wieczornym spacerem po Tiranie w poszukiwaniu jedzenia.
W Tiranie wysuszone fontanny służą jako parkiet dla roztańczonych, przeterminowanych gazet. W Tiranie spotkamy ludzi, którzy stojąc bezcelowo ze sznurem w ręce podlewają godzinami chodnik. Na obrzeżach Tirany trzepoczą dumnie czerwone flagi przymocowane do wystających prętów powstających domów. Nad Tiraną unosi się nieodzowny zapach grillowanej kukurydzy, a w uszach rozbrzmiewa dźwięk klaksonu.
Tirańska ruchliwa ulica akceptuje wszystkich. Drogie, rozpędzone auta, żebrzące dzieci, bezdomne psy, leniwych przechodniów pośrodku skrzyżowania. Tirana z pewnością ma spore szanse na pierwsze miejsce w konkursie najbrzydszej stolicy Europy, ale jest też na swój sposób pasjonująca i z pewnością niezbędna do poznania reszty kraju. Tiranie trzeba dać szansę. Młode miasto, młody, nowy kraj. Wszystko jest w budowie, wszystko jest w pośpiechu. Kwiatki wprowadzają się do budynku przed ścianami, meble sprzedawane są w halach bez okien i drzwi.
Wygląd kraju nie odbija się na ludziach: po ulicach przechadzają się buty dobrane do torebek, a spódnice do bluzek. Angielski też już tu zawitał. Co świetnie symbolizuje unikatowość tego kraju? Język: z rodziny indoeuropejskiej, ale sam w swojej grupie. Tak jak Albania. Co prawda w Europie, ale drugiej takiej tu nie znajdziemy.
Dzisiejszy dzień upłynął w towarzystwie tajemniczych odgłosów zawieszenia i ułomności pracowników austriackiego automobilklubu, którzy min. nie potrafią sami napisać nazwy Tirana. Mimo wszystko udało nam się obejrzeć stolicę i odbyć wycieczkę do Kruji.
Na sam początek planujemy odwiedziny w Narodowym Muzeum Historycznym znajdującym się na placu Skanderbega. Fasadę zdobi rewolucyjna mozaika pod tytułem Albania Alegoria państwa i narodu. Muzeum jest jednak w poniedziałki nieczynne i dlatego snujemy się dalej po rozgrzanym centrum. Zza rusztowania i zielonego płótna próbujemy zrobić zdjęcie pomnikowi Skanderbega na koniu. Jedyna część, która została odsłonięta to część tylna. Spoglądamy więc szybko na tyłek tych obojga, a następnie pokonując ruchliwą ulicę przedostajemy się do meczetu Hadżi Ethem Beja z przełomu XVIII i XIX wieku. Za czasów dyktatury Hodży Albanii udało się stać pierwszym na świecie państwem ateistycznym, kościoły i meczety były zamykane albo zmieniały przeznaczenie. Ten właśnie meczet był jednak jedynym czynnym obiektem sakralnym w kraju (dostępnym jedynie dla obcokrajowców). Wdrapujemy się jeszcze szybko na stojącą w pobliżu wieżę zegarową. Stąd mamy bardzo dobry widok na plac Skanderbega.
Robimy przerwę z Tiraną i udajemy się do Kruji. To tutaj urodził się i ustanowił na stolicę Albanii Skanderbeg. Jest to bohater narodowy, który w XVI wieku bronił kraj przed Turkami. Miasto położone jest na zboczu górskim. Wygląda albańsko, czyli odstraszająco. Do twierdzy prowadzi mała bazarowa uliczka. Można nabyć tam zużyte rupiecie w wygórowanej cenie. Na teren obiektu wchodzimy przez bramę, mury otaczające całość zachowały się w różnym stopniu. Widoki nie są piorunujące. Zamek Skanderbega częściowo zniszczyli Turcy, resztę dokończyło trzęsienie ziemi. Od 20 lat stoi tam rekonstrukcja będąca muzeum Skanderbega. Pozostałe budynki to muzeum etnograficzne, łaźnia turecka i meczet.
Wracamy do Tirany. Przemierzamy jedną z głównych ulic miasta rozpoczynającą się za gmachami rządowymi, a kończącą uniwersytetem. Za galerią sztuki oczekuje nas Stalin, Lenin bez ręki i inne rewolucjonistycznie nastawione posągi. Następny przystanek to piramida. Ogromne straszydło, które pierwotnie przeznaczone było na mauzoleum Hodży. Obecnie stoi w stanie początkowego rozkładu. Gorzej wyglądać nie może. Dochodzimy w końcu do gmachu uniwersytetu. Tirana zaliczona. Wyruszamy dalej.


View of Sveti Stefan, Montenegro

Albania

sobota, 14 lipca 2012

Kotor, dzień ósmy


Ciężki dzień za nami. Po w połowie nieprzespanej, ostatniej naszej nocy w Dubrowniku musieliśmy stoczyć walkę z właścicielką hostelu. Ta kobieta z zawahaniami nastrojów w dzień wyjazdu odwołała naszą rezerwację, co w zasadzie uprawniałoby ją do pobrania dalszej sumy pieniędzy z karty za niestawienie się w hostelu. Poproszona o wystawienie rachunku wpadła w dziką furię, wyrzuciła przed czasem z hostelu i zagroziła odholowaniem auta z miejsca, które trzy dni wcześniej jej rodzice nam wskazali. Na szczęście właśnie oni spełnili naszą prośbę dzięki czemu spokojnie odjeżdżamy. Niesmak pozostaje. Żegnamy się z Dubrownikiem, chyba raz na zawsze, i wyruszamy w kierunku Czarnogóry.
Kotor wita nas bardzo pomocnymi ludźmi, rzędami ogromnych palm, nieznośnym upałem i okazyjnym obiadem. Plaże w samym Kotorze nie wyglądają zbyt zachęcająco. Znajduje się tu port z przepięknymi jachtami, a wylegiwać można się na wąskim pasku żwiru przy drodze. W przewodniku czytałam jednak, że w pobliskich miejscowościach jest parę ładnych miejsc. Stare miasto jest za to bardzo przyjemne. Dostajemy się tam przechodząc przez XVI wieczną Bramę Morską na Plac Rewolucji Październikowej. Znajdują się tam Wieża Zegarowa, Pałac namiestnika Wenecji i pałac rady miejskiej. Przechodzimy koło kościoła św.Klary i dochodzimy do placyku, gdzie znajdują się dwie cerkwie: św. Łukasza z XII wieku i św. Mikołaja z XX wieku. Za kościołem NMP przechodzimy przez Bramę Północną i spoglądamy na rzekę Skodrę. Nasz wzrok szybko ląduje na miejskich fortyfikacjach królujących nad miastem. Jest już po 19.00, ale mimo wszystko decydujemy się na zakończenie tego męczącego dnia około 2 godzinną wycieczką bardzo stromymi schodami na sam szczyt. Fortyfikacje zostały wzniesione głównie przez Wenecjan, prace trwały do XVIII wieku. Wewnątrz murów miejskich, mniej więcej w połowie trasy, znajduje się cerkiew Matki Boskiej od Zdrowia. Docieramy na szczyt gdzie mieści się twierdza św. Jana. Jesteśmy wykończeni, ale widoki wszystko nam rekompensują. Na górę wiodą wysokie, nieregularne stopnie, jest bardzo stromo. Nie polecam wybierania się tam w trakcie dnia, kiedy słońce mocno świeci. Gdy schodzimy na dół jest już ciemno. Lądujemy na cieście i piwie. Katedrę św. Trypuna i resztę zabytków oglądamy już w świetle latarni miejskich.


View of Dubrovnik

piątek, 13 lipca 2012

Dubrownik, dzień siódmy


Dzisiaj był dzień lenistwa. Późniejsza pobudka, powolne przygotowania, plaża i morze. Czasem też trzeba.
Mniej aktywne dni męczą chyba jeszcze bardziej. Już w drodze do miasta spadłam ze schodów, a po 5 minutach spędzonych pod słońcem czuję się jak w piekle. Przypadkowo odkrywamy jednak całkiem przyjemne miejsce. Próbując obejrzeć kościół św. Ignacego, do którego z powodu ślubu nie udało nam się dostać wczoraj, lądujemy na półdzikiej plaży. Na zboczu murów miejskich znajduje się parę głazów i małe schodki do wody. Usadawiamy się na skarpie, a nogi zwisają nam nad turkusową wodą. Wokoło suną statki i motorówki. Moi towarzysze nie są jednak tak jak ja zachwyceni tym miejscem. Po 2 godzinach postanawiamy się przenieść. Wstępujemy po drodze do wspomnianego kościoła, do którego prowadzą nas szerokie, barokowe schody, i udajemy się na zatłoczoną, turystyczną plażę. Znajdujemy wolny skrawek miejsca i dochodzimy tam w bólach po rozżarzonych kamieniach. Rozkładamy koce na stercie petów z widokiem na stado półgołych tyłków, kandydatów na raka skóry i twórców półerotycznych zdjęć rodem ze Słonecznego Patrola. Przy tym wszystkim towarzyszy nam woń papierosów. Na szczęście nasi rodacy odstępują nam swój parasol, co znacznie ułatwia nam przetrwanie na plaży. W spokoju tworzę tu notkę. Plany na dzisiejszy wieczór ? (Za droga) kolacja i (tandetne) pamiątki.  



czwartek, 12 lipca 2012

Dubrownik, dzień szósty


Witajcie w raju urlopowiczów! Żar lejący się z nieba, przepełnione plaże, przepoceni ludzie, tandetne pamiątki, przesolone obiady, przepłacone piwo, romantyczne zdjęcia w zapyziałych restauracjach.
Ale, mimo to Dubrownik jest wspaniały! Cieszę się, że mogę przez 3 dni brać udział w tej wakacyjnej gorączce. Jednak odczuwam ogromną ulgę, że pojutrze wyruszamy dalej i nie muszę dzielić z resztą przybyszów ich nudnego losu.
Dzisiejszy dzień poświęciliśmy zwiedzaniu miasta. Dubrownik otoczony jest świetnie zachowanymi, ogromnymi fortyfikacjami. Przechodząc przez bramę Pile lądujemy na głównej ulicy Placa.Wykonana z białego wapienia pochodzącego z wyspy Brac wygląda jak wypolerowana tafla lodu.Jej połysk jest tak silny,że w trakcie dnia niemal nas oślepia, wieczorami zaś za sprawą oświetlenia ulicznego wygląda jakby sama posiadała sporą dawkę energii elektrycznej. Po prawej stronie znajduj się Wielka Fontanna Onufrego, wybudowana w XV wieku na uczczenie zakończenia budowy wodociągu. Jak magnes przyciąga spragnione tłumy. I my nie jesteśmy w stanie oprzeć się  krystalicznie czystej, lodowatej wodzie uchodzącej z jej kraników. Nawet tej fontanny nie oszczędziło XVII-wieczne trzęsienie ziemi, które zrujnowało w Dubrowniku większość zabytków. Pobliski Kościół św.Zbawiciela jest jednym z nielicznych, który przetrwał ten kataklizm. Podczas upałów kościelny chłód pozwala zregenerować siły i przywrócić racjonalne myślenie, dlatego cieszymy się kiedy na naszej mapie pojawiają się kolejne sakralne budowle. Z kościoła św.Zbawiciela szybko przemieszczamy się do kościoła romańsko-gotyckiego będącego częścią kompleksu klasztornego Franciszkanów, gdzie ulgi przed chłodem doświadczają tłumy turystów pałaszując równocześnie lody i szczotkując włosy. Do kompleksu należy też zabytkowa apteka, która jest jedną z najstarszych w Europie. Już od końca XIV wieku pełniła swą funkcję służąc mieszkańcom. Mijamy cerkiew prawosławną i synagogę po czym docieramy pod pałac Sponza, w którym mieściły się niegdyś między innymi urząd celny, skarbiec, mennica. Za czasów Jugosławii założono tu Muzeum Rewolucji Socjalistycznej. Na pałac spogląda uzbrojony symbol wolności Dubrownika : Kolumna Orlanda - rzeźba średniowiecznego rycerza, którego pierwowzorem był Roland. Jako punkt główny historycznego centrum wydarzeń Orland nasłuchał się setek obwieszczeń oraz był świadkiem sądów nad przestępcami. Robimy zdjęcie pod wieżą zegarową i przy Małej Fontannie Onufrego, po czym uciekamy do kościoła św. Błażeja. Podziwiamy pałac Rektorów, a następnie wchodzimy do katedry Wniebowzięcia NMP, gdzie w ołtarzu głównym znajduje się dzieło Tycjana .
Zwiedzanie kończymy 2 kilometrową przechadzką po murach miejskich. Cena biletu to 50 Kun, 30 Kun dla studentów i dzieci. Nie skąpić! Widoki są warte tych pieniędzy. Dopiero tam widzimy Dubrownik w całej swej okazałości, spoglądając jednocześnie na bezkresne morze. Z tej perspektywy życie codzienne mieszkańców przeplata się z dorobkami architektury miasta. Niemalże na wyciągnięcie ręki mamy tarasy i balkony, wychylamy głowy i wścibsko zaglądamy do ogródków. Po serii leżaków, kotów, psów i sznurów z bielizną na pierwszym planie pojawiają się zabytkowe klasztory, kościoły i przepiękna dubrownicka posadzka, natomiast w północnej części murów krajobraz zalewa morze dachówek o ceglastym kolorze.


środa, 11 lipca 2012

Droga do Dubrownika, dzień piąty


W drodze z Mostaru do Dubrownika zatrzymujemy się w dwóch miejscach. Pierwsze to Blagaj, gdzie nad rzeką Buną, prawdopodobnie w XVI wieku, umiejscowił się klasztor derwiszów. Ten biały budynek znajduje się w pobliżu jaskini, z której wypływa woda, i jest wciśnięty pod ogromną skałą. Najlepszy widok rozpościera się z drogiej strony rzeki. To właśnie zdjęcie z tej perspektywy, które ponad rok temu zobaczyłam w magazynie Voyage, przyciągnęło nas w te strony. Bardzo szybko przyszła nam na myśl położona w niedalekiej odległości Albania i tak właśnie zrodził się pomysł objazdówki po Bałkanach.
Wstęp na teren objektu jest bezpłatny, opłata za parking wynosi 1 KM (około 2 zł.) za godzinę.

Następnie udajemy się nad wodospady Kravice. Są one wysokie na 28 metrów. U stóp wodospadów znajduje się naturalny basen, co przyciąga wielu plażowiczów.
Parking znajduje się u góry i jest bezpłatny. Następnie trzeba zejść schodami około 10 minut. Wiele osób dojeżdża jednak autem na sam dół.

Do Dubrownika docieramy o 18.00. Mieszkamy bardzo wysoko, więc droga do Starego Miasta zajmuje nam około 30 minut. Przechodzimy przez zabytkowe centrum i udajemy się na plażę. Późnym wieczorem spędzamy jeszcze chwilę w samym centrum. Pierwsze wrażenia są pozytywne. Lubię Chorwację z tym jej morzem i bujną roślinnością. Nawet przesyt turystów jest tu bardziej znośny. Być może jest to zasługa wąziutkich uliczek i licznych zakamarków, w których można znaleźć chwilę samotności.


Klasztor Derwiszów w Blagaju

wtorek, 10 lipca 2012

Mostar, dzień czwarty


Może gdybym nie widziała wcześniej Sarajewa inaczej patrzyłabym na Mostar. Z pewnością zrobiłby na mnie też inne wrażenie gdyby Stary Most nie miał zaledwie kilkunastu lat.
Wjazd do miasta nie zachwyca, wręcz przeciwnie, odstrasza dosyć skutecznie. Nad okolicą króluje wysuszone wzgórze, roi się od niedokończonych budowli, ulice są puste a budynki pokiereszowane jak nigdzie indziej. Na dodatek złego Mostar uchodzi za najgorętsze miasto byłej Jugosławii.
Przyjeżdżamy dosyć późno, pogoda jest piekielna, a my głodni. Podejrzewam że te czynniki spotęgowały też moje negatywne nastawienie. Być może całkiem niesłusznie, bo chociaż Mostar przemienił się w szopkę stworzoną na potrzeby turystów, a z niemalże każdej strony wyskakują naganiacze reklamujący swoje restauracje, to mostarski Kujundziluk wart jest uwagi. Nawet ten nieszczęsny most zdołał stać się głównym obiektem naszych zdjęć.
Pierwszym zabytkiem na naszej trasie jest meczet Karadhioz-bega ze znajdującym się na przeciwko muzułmańskim cmentarzem.
Po obiedzie odwiedzamy meczet Koski Mehmed-paszy. Wchodzimy do środka i wychodzimy bardzo wąskimi schodami na minaret, skąd roztacza się wspaniały widok na okolice (wstęp płatny, 2 sam meczet, € 4 meczet plus minaret). Meczet ten powstał w 1617 roku, minaret jest jednak nowy, ponieważ został uszkodzony w czasie wojny. Zdobny mihrab i minbar są oryginalnymi elementami wystroju. Na podłodze znajdują się różnego rozmiaru i barwy tradycyjne dywany w odróżnieniu od tych jednolitych, które w tych czasach rozkładane są w meczetach.
Parokrotnie przechodzimy przez Stary Most. Zrobienie zdjęcia bez tłumu turystów za plecami jest chyba większym wyzwaniem, niż skok z mostu. Posadzką wykonana jest z błyszczącego marmuru, a płynąca poniżej Neretwa ma głęboko zielony kolor.
Kręcimy się jeszcze po okolicy. Docieramy do Krzywego Mostu z XVI wieku, który wygląda jak mniejsza kopia Starego Mostu. Oglądamy z zewnątrz meczet Tabacica. Został on wybudowany jako odrębna świątynia tylko dla garbarzy, ponieważ z racji swojego fachu roztaczali oni nieprzyjemną woń.
Na koniec lądujemy ponownie w zbyt drogiej restauracji. Mostar wysoko się ceni, ceny potraw są dwukrotnie wyższe od tych w Sarajewie, a za dużą butelkę wody niedaleko Starego Mostu zapłacimy € 2. Warto jest mieć przy sobie pustą butelkę, ponieważ przy wielu meczetach znajdują się punkty wody pitnej.

Jutro wracamy do Chorwacji.


Stary Most

poniedziałek, 9 lipca 2012

Sarajewo, dzień trzeci


Co czyni Sarajewo miejscem tak niezwykle interesującym?
Z pewnością ludzie. Ich różnorodność, która potrafi się nie gryźć. Widok muzułmanek w kolorowych nakryciach głowy oraz tych którym zza czarnych chust wystają tylko oczy nie jest mi obcy, wręcz przeciwnie, wiedeńskie ulice przyzwyczaiły mnie do tego już dosyć dawno. Jenak tutaj z pozytywnym zdumieniem spoglądam na kawiarnie, gdzie przy stolikach wspólnie popijają kawę muzułmanka w czarnym stroju oraz rozdekoltowana dziewczyna w okularach z flagą amerykańską. Tego na pewno nie umiał pokazać mi Wiedeń. Przykładu wspaniałej koegzystencji, która mimo wszystko odniosła swą wielką porażkę w latach wojny domowej.
Co jeszcze wpływa na atmosferę tego miasta? Architektura, która doskonale przedstawia historię Sarajewa. Spotkamy tu tureckie meczety, synagogi, cerkwie i kościoły katolickie, a to wszystko w obrębie dwóch ulic. Sarajewska Bascarsija (stare miasto) przenosi nas do świata Imperium Osmańskiego, zobaczymy stragany z imbryczkami do parzenia tureckiej kawy oraz srebrem, meczety oraz fontannę Sebilj zbudowaną na wzór tej stambulskiej. Niebawem zostaniemy porwani przez Monarchię Austriacko-węgierską, a to wszystko za sprawą jednej ulicy (Saraci zmieniającej się w Ferhadija ). Za plecami pozostają meczety, witają nas natomiast monumentalne kamienice i wieże kościelne. Szokujące wrażenie z którym nie sposób się jest oswoić zapewnia kilkukrotna przechadzka tą trasą tam i z powrotem. Idąc parę kilometrów dalej ujrzymy również pamiątki czasów jugosłowiańskich oraz te najnowsze budowle.
Nie mogę pominąć w tym miejscu zielonych gór otulających miasto i potęgujących to magiczne wrażenie które wywarło na mnie Sarajewo.

Zwiedzanie zaczynamy dopiero po 11.00. Nasz gospodarz nie chce nas wypuścić zabawiając nas po bośniacku historiami na temat miasta. Docierając do Bascarsija trafiamy na przejazd ciężarówek przyozdobionych kwiatami, które upamiętniają ludobójstwo w Srebrenicy z 1995 roku. Następnie kręcimy się wokół Sebilja oglądając pobliskie stragany, mijamy Bruse Bezistan, czyli turecki odpowiednik sukiennic. Niegdyś handlowano tu jedwabiem. Docieramy do Meczetu Gazi Husrev-Bega z XVI wieku. Wstęp (płatny) dla turystów dozwolony jest jedynie w określonych godzinach, jednak nie ma tam niezbędnych ubrań, którymi można by zakryć ciało. Na przeciwko meczetu znajduje się medresa Gazi Hausrev-bega, czyli średnia wyznaniowa szkoła muzułmańska założona w 1537 roku. Działa nieprzerwanie od 470 lat.
Robimy przerwę na tradycyjną bośniacką kawę w Morica Han. Był to typowy turecki zajazd, gdzie na nocleg zatrzymywali się wędrowni kupcy.
Z nowymi siłami oglądamy starą cerkiew prawosławną. Z zewnątrz przypomina ona zwykły dom mieszczański, ponieważ została wybudowana za pozwoleniem władz tureckich i nie mogła zdradzać pełnionej funkcji. Mijamy piękną rzymskokatolicką Katedrę na placu Fra Gre Martica, po czym zaglądamy do ogromnego Soboru Najświętszej Bogurodzicy.
Oglądamy targowisko miejskie Markale, gdzie dwukrotnie doszło do strzelaniny w latach 90tych i skutkiem czego zginęło łącznie ponad 100 osób. Zaraz obok, już na ulicy Marszala Tita, znajduje się Grób Nieznanego Żołnierza z wiecznym ogniem upamiętniający partyzantów z II wojny światowej.
Idziemy dalej ulicą Marszala Tito mijając park, który był cmentarzem muzułmańskim. Teraz ludzie odpoczywają tu na zacienionych ławkach spoglądając na pozostałe nagrobki między alejkami. Docieramy do parlamentu po czym ruszamy z powrotem w kierunku miasta tym razem wzdłuż rzeki Bosna. Mijamy rektorat, przepiękny budynek Akademii Sztuk Pięknych oraz całą masę kamienic noszących ślady strzałów. Bosne przecina parę mostów. My zatrzymujemy się na chwilę przy kamiennym Moście Łacińskim, w pobliżu którego w 1914 roku Gavrilo Prinzip dokonał zamachu na austro-węgierskiego następce tronu. Za czasów Jugosławii most nosił imię zamachowca.
W Meczecie Cesarskim, który umiejscowiony jest już w samym centrum, ale po drugiej stronie rzeki, udaje nam się wejść do środka. Wstęp jest bezpłatny, przed wejściem leżą chusty. W środku bardzo miły pan udziela informacji po bośniacku i angielsku. Z chęcią zrobi też zdjęcie.
Wdrapujemy się jeszcze na wzgórze, gdzie położony jest muzułmański cmentarz Alifakovac z charakterystycznymi białymi nagrobkami. Takich cmentarzy jest w Sarajewie wiele, co szybko wpada w oko, ponieważ umiejscowione są zazwyczaj dosyć wysoko.
Na sam koniec dnia podjeżdżamy autem przeciskając się przez wąskie uliczki do Białego Bastionu, czyli twierdzy osmańskiej. Stąd roztacza się widok na całe miasto.

Po intensywnym dniu udajemy się na bośniacką kolację z grilla. Po powrocie nasz gospodarz wita nas Rakiją.

Jutro wyruszamy do Mostaru.

Bascarsija, Sebilj

niedziela, 8 lipca 2012

Droga do Sarajewa, dzień drugi


Po śniadaniu na brudnych schodach naszego hostelu ruszamy w dalszą drogę. W Zagrzebiu wstępujemy jeszcze na chwilkę do ogrodu botanicznego, zielonego zakątka z roślinami z przeróżnych stron świata. Następnie udajemy się na Cmentarz Mirogoj, który znajduję się w pewnej odległości od centrum miasta, najlepiej jest podjechać tam autem albo autobusem. Ten XIX wieczny cmentarz jest moim zdaniem punktem obowiązkowym na liście miejsc wartych zobaczenia w stolicy Chorwacji. Już zewnętrzne mury porośnięte bluszczem zapierają dech w piersiach. Znajduje się na terenie letniego domostwa Ljudevita Gaja. Spoczywa tam wielu chorwackich artystów i przywódców politycznych.

O 11.00 wyruszamy w stronę Sarajewa. W Bośni jedziemy przez dłuższy czas wydłuż rzeki Vrbas. Widoki są powalające: morski kolor rzeki oraz obecność gór. Nawet sąsiedztwo drogi nie przeszkadza Bośniakom w spędzaniu niedzielnego popołudnia w tym miejscu. Kolejna niespodzianka to wodospad w Jajce. Robimy krótka przerwę.
Następne odcinki nie dostarczają nam już niestety tyle atrakcji. Powoli pojawiają się nieotynkowane domy, puste hale, powojenne pamiątki w postaci podziurawionych murów (szczególnie w Travniku), małe cmentarzyki z białymi nagrobkami na zboczach. Droga zaczyna się dłużyć. Nawigacja nie wie co się dzieje. Mapa przewiduje autostradę, a w rzeczywistości widzimy same budowy. Wleczemy się niemiłosiernie. Dopiero przed samym Sarajewem jest kilkadziesiąt kilometrów (płatnej – € 2,50) autostrady.

Sarajewo widzimy tylko wieczorem. Jutro będziemy mieć cały dzień na zapoznanie się z miastem.
Szukając jedzenia docieramy do samego centrum. Tam oczekuje nas gwar i tłum ludzi. Czujemy się jakbyśmy znajdowali się w małym tureckim miasteczku. Nad okolicą króluje meczet, stragany wypełnione są dokładnie tymi samymi pamiątkami jakie kupowaliśmy w Stambule. Restauracje są przepełnione ludźmi. Trudno jest nam znaleźć wolne miejsce. Lądujemy na typowym bałkańskim daniu: Burek. Jedzenie jest bardzo dobre i tanie, natomiast Ayran smakuje jak zwykły jogurt naturalny. Wracamy do naszego hostelu na wzgórzu spoglądając z oddali na rozpoczynającą się imprezę w centrum miasta. Zasypiamy strzeżeni przez trzy rottweilery.


ogród botaniczny

sobota, 7 lipca 2012

Zagrzeb, dzień pierwszy


Ostatecznie wyruszamy z Wiednia o 7 rano. Droga pochłania więcej czasu niż przewidujemy, do Zagrzebia docieramy dopiero krótko przed 13. Z pomocą uczynnych Polaków udaje nam się uniknąć stosunkowo drogiej autostrady w Słowenii. Objazd jest dosyć skomplikowany (opis poniżej), dodatkowo naszym pomocnym rodakom psuje się auto. Jedziemy dalej sami. Wyjeżdżamy na końcu autostrady gdzie oczekuje nas ośmiokilometrowy korek aż do granicy słoweńsko-chorwackiej. Następnie stoimy przed bramkami, już na autostradzie w Chorwacji.
Zagrzeb ceni się dosyć wysoko, dlatego jesteśmy zmuszeni do hostelu poza centrum. Na szczęście klimatyzowane tramwaje jeżdżą na prawdę często i w samym mieście znajdujemy się w przeciągu 5 minut. Bilet w jedną stronę kosztuje 12 Kun.
Zwiedzanie zaczynamy spod dworca głównego usytuowanego naprzeciwko konnego pomnika pierwszego chorwackiego króla: Tomisława. Już tam Zagrzeb prezentuje swoje uroki. Witają nas 3 parki z rzędu: Tomislava, Strossmayera oraz Nikole Subića Zrinjskog wraz z Pawilonem Sztuki i Galerią Strossmayera. Potężne drzewa oraz szereg fontann pozwalają na chwilę wytchnienia od lipcowych upałów. Tą drogą docieramy do serca miasta, Placu Bana Josipa Jelacića . Niebieskie tramwaje, które w niewielkich odległościach czasowych przecinają z impetem rynek nadają temu miejscu specjalną atmosferę. Wprowadzają element nowoczesności i całkiem dobrze kontrastują się z dominującym w tym otoczeniu, przysadzistym pomnikiem Jelacića oraz fasadami kamienic z czasów monarchii Austro-Węgierskiej.
Opuszczając Dolne Miasto kierujemy się na prawo w kierunku Zagrzebskiej Katedry z XIII wieku. W popołudniowym słońcu szwendamy się wąskimi uliczkami Górnego Miasta. Panuje magiczny spokój, okolica wymiera, nie ma ani turystów ani mieszkańców. Okiennice domów są szczelnie pozamykane. Tubylcy chronią się przed uciążliwymi promieniami. Przemierzamy dzielnie strome stopnie prowadzące nas do symbolu miasta: Kościoła św. Marka a dokładniej jego przecudownego, bajecznie barwnego dachu, którego dachówki układają się w chorwacki herb. Znajdując się pod wieżą Lotrscak podziwiamy panoramę miasta. Tutaj też dojeżdża co 10 minut z Dolnego Gradu ( dokładnie z ulicy Tomiceva ) kolejka szynowo-linowa z XIX wieku, podobna do tej, która znajduje się w Budapeszcie. Pozwala zaoszczędzić przelewania potu podczas walki z uporczywymi i stromymi schodami. My udajemy się w dół promenadą Strossmayera i w ten sposób lądujemy ponownie w dolnym mieście. Wracając do domu mijamy Chorwacki Teatr Narodowy, Muzeum Mimary oraz Bibliotekę Narodową z uroczymi rzeźbami sów na dachu. W Zagrzebiu znajduje się dosyć sporo ciekawych muzeów jak np. wyżej wymienione Mimary z ogromną kolekcją obrazów albo Muzeum Sztuki Naiwnej do którego osobiście chciałam wstąpić jednak zabrakło nam czasu. Muzeum to w weekendy czynne jest do 13.
Próbujemy jeszcze dostać się do ogrodu botanicznego, ale jest już zamknięty. Niestety nasz przewodnik nie podaje informacji, że w czasie letnim ogród czynny jest do 19.00. Wsiadamy więc w tramwaj numer 6, kierunek Sopot, i jedziemy do naszego hostelu. Cel jutrzejszy to Sarajewo.


Dworzec

Let's go!

Planowo za pięć godzin będziemy zaczynać naszą trasę. Jakie są na to szanse? Raczej znikome. Po mieszkaniu walają się niedopakowane torby, prowiant nie jest przygotowany, a my nie regenerujemy sił podczas snu. Wręcz przeciwnie. Latamy rozgorączkowani zabierając się za czynności całkowicie nie związane z naszą podróżą tylko po to, żeby mieć uczucie, że prace poruszają się do przodu i jakkolwiek przyczyniamy się do osiągnięcia celu, tj. przybycia do Zagrzebia na 10.00.
Tak, oto właśnie kierunek naszej tegorocznej eskapady: Bałkany z naciskiem na Albanię.
I chociaż już dzisiaj z wysiłku boli mnie głowa, a napięta atmosfera w pełnej gotowości oczekuje na wybuchy agresji, to odczuwam szczęśliwe zniecierpliwienie perspektywą trzy tygodniowej tułaczki w nieznane.